Można uznać, że amerykańskie indeksy znalazły się między młotem a kowadłem. Zarówno S&P 500, jak i średnia przemysłowa DJIA z jednej strony znajdują się powyżej linii trendu wzrostowego, ale przy tym dotarły na wysokość szczytów z końca ubiegłego roku, które już w połowie lutego chwilowo powstrzymały zapędy byków. Sytuacja jest więc na razie remisowa, a na wyraźne sygnały trzeba poczekać. Coś więcej o perspektywach obu indeksów będzie można powiedzieć, kiedy zostanie przebita albo linia trendu zwyżkowego, albo poziom oporu. W tej chwili widać, że istnieją już pewne zagrożenia dla trwałości zwyżki. Jednym z nich są wyraźne negatywne dywergencje MACD. Począwszy od listopada ub.r. szczyty wskaźnika są położone coraz niżej, chociaż indeksy stopniowo pną się w górę.

Niezbyt optymistycznie wygląda wciąż wykres Nasdaq Composite. Od końca grudnia trwa średnioterminowy trend spadkowy. Co prawda, od końca stycznia tendencja ta zaczęła się przeradzać raczej w trend boczny, ale wykres siły relatywnej względem S&P 500 - będący dobrą wskazówką co do kondycji rynku technologicznego - praktycznie cały czas opada. Na razie nie ma więc co liczyć na to, że to właśnie ten sektor pociągnie w górę amerykański rynek akcji. W pewnym stopniu sytuacja techniczna przedstawia się tu odwrotnie niż na wykresie S&P 500. Podczas gdy ten indeks szerokiego rynku zmaga się z oporem, a wsparciem jest linia trendu wzrostowego, to Nasdaq zmaga się z linią trendu spadkowego, wsparciem zaś jest styczniowy dołek.

Z kolei w Europie nastroje pozostają niezłe. Francuski CAC 40 ma wartość najwyższą od połowy 2002 r. Natomiast niemiecki DAX odbił się ostatnio od linii trendu zwyżkowego, co pozwala prognozować atak na szczyt z połowy lutego, który nie jest zresztą zbyt oddalony od obecnego poziomu notowań. Wspomniana linia trendu wzrostowego to równocześnie dolne ramię klina zwyżkującego, powstającego od sierpnia ub.r. Jego górne ramię przebiega znacznie powyżej lutowego szczytu, więc nie stanowi na razie oporu dla indeksu.