W świetle ustaleń protokołu z Kioto i negocjacji z Brukselą Polska może emitować 286,2 mln ton metrycznych gazu rocznie do 2007 r. Wiadomo jednak, że nasze elektrownie emitują łącznie około 100 mln ton mniej. Nadwyżka ta może być sprzedawana innym producentom na rynkach energii w formie tzw. uprawnień na emisję. Da się na tym zarobić, ponieważ cena jednej tony metrycznej na giełdach wynosi obecnie około 10 euro.
Dlatego wczorajsza decyzja Komisji o ograniczeniu kwoty do 239,1 mln ton jest dla nas niekorzystna. - Chcemy mieć pewność, że na rynku nie pojawi się zbyt wiele pozwoleń - tłumaczył Stavros Dimas, komisarz ds. energii. Wyjaśnienie może się wydawać dziwne, ponieważ ceny pozwoleń na emisję biją obecnie rekordy, a Wielka Brytania domaga się zwiększenia ich puli. Do tej pory jednak polska nadwyżka nie trafiła na europejski rynek. - Mimo że Sejm uchwalił stosowne regulacje, brakuje instytucji, która zajęłaby się wydawaniem i obrotem takimi pozwoleniami - tłumaczy poseł Stanisław Żelichowski (PSL), sprawozdawca projektu ustawy o handlu emisjami, która pod koniec 2004 roku została przyjęta przez Sejm.
Okazuje się jednak, że zachodnie koncerny energetyczne znalazły remedium i na takie opóźnienie. - Inwestują po prostu w mniejsze polskie elektrownie dla pozwoleń. Planują zamykanie zakładów i wykorzystanie większych mocy w rodzimych lokalizacjach - mówi S. Żelichowski.
Bloomberg