Przed otwarciem rynku kasowego nastroje były jeszcze dobre. Do godziny10 kontraktami handlowano powyżej 2060 pkt. Frankfurcki DAX był na ponad 20-punktowym plusie, rynek liczył na wzrost. Nadzieje te rozwiały się wkrótce po otwarciu WIG20.
Ten ostatni otworzył się kilka punktów poniżej zamknięcia z dnia poprzedniego i w ciągu półtorej godziny zniżkował o 30 pkt. Połowa tego spadku odbyła się przy bardzo małym obrocie, nie był to więc silny sygnał słabości rynku. Dopiero od 11.00 podaż zaatakowała silniej, ściągając indeks do poziomu wsparcia z 4 marca - 2030 pkt. Zrobiło to tak duże wrażenie na grających kontraktami, że notowania spadły 2015 pkt, a ujemna baza znacznie się powiększyła. Przełamane zostało wsparcie z 4 marca (2020 pkt). W dalszym ciągu sesji nastąpiło uspokojenie, na odbiciu futures osiągnęły 2032 pkt.
Następna fala spadku przyszła o 14.30 pod wpływem danych z USA. Deficyt handlowy USA był znacznie wyższy od oczekiwań. Zachwiało to na chwilę notowaniami giełd na świecie. DAX po kilkunastu minutach odrobił straty, lecz WIG20 już nie. Mimo to poranne minimum nie zostało już pokonane.
Wnioski na przyszłość? Po pierwsze: rynek jest słaby. Widać to na wielu papierach spoza indeksu. Brak popytu i chęci kupowania. Puste półki po stronie kupna. Byle zlecenie sprzedaży dołuje notowania poszczególnych papierów o kilka procent. Pozytywne informacje działają bardzo krótko. Ale giełda jest też chimeryczna. Nagły atak popytu w środę wyciągnął indeks do 2100 pkt, przy obrocie na poziomie 1 mld (!). W tej sytuacji trudno o prognozę. Technicznie nie wygląda dobrze - najbliższe wsparcie na 2012 pkt, ale radzę się zabezpieczać przy krótkich pozycjach. Sypną się dolary i winda pojedzie wysoko w górę.