Nastroje na amerykańskich parkietach są w dalszym ciągu kiepskie. Szczególnie niepokojące było to, że ani rynkowi akcji ani obligacji zbytnio nie pomogły dane o styczniowym napływie kapitału do USA. Inwestorzy spoza Stanów Zjednoczonych kupili w tym miesiącu akcje za prawie 16,5 mld USD, czyli najwięcej od blisko 4 lat. Jak wiemy, te zakupy nie wystarczyły jednak do uchronienia amerykańskich giełd przed spadkiem w pierwszym miesiącu roku.
Warto przy tym odnotować, że pierwszy raz od połowy 2004 r. saldo kupionych i sprzedanych akcji przez podmioty spoza USA było wyższe niż napływ nowych środków do funduszy akcji w Stanach Zjednoczonych. To oznaka rosnącego zainteresowania tej grupy inwestorów amerykańskimi papierami, które ze względu na trzyletnią deprecjację dolara są dla nich relatywnie tanie. Nie da się przy tym na tej podstawie wprost wysnuć pozytywnych wniosków dla giełd w Stanach Zjednoczonych. Dane o napływie środków do globalnych funduszy lokujących w amerykańskie akcje wykazują od początku roku ujemne saldo. W związku z tym styczniowe dane o napływie zagranicznego kapitału mogą okazać się jedynie pozytywnym incydentem.
Takie pesymistyczne zapatrywania potwierdza wykres S&P 500. Po poniedziałkowym odbiciu od linii łączącej tegoroczne dołki wczoraj znów znalazł się na wysokości tego wsparcia. Jego przebicie jest zatem bardzo realne. Otworzy ono drogę do 1160 pkt, gdzie znajduje się najważniejsza w długim okresie bariera. Jest ona związana ze szczytem z początku 2004 r. W jej pobliżu zatrzymała się zniżka w drugiej połowie stycznia. Jednak w związku z tym, że w oparciu o odbicie od niej nie udało się wygenerować trwałego ruchu w górę, inwestorzy mogą dojść do przekonania o nieuchronności jej przełamania przy drugim podejściu. Byłby to bardzo groźny wariant dla rynków, każący się liczyć z szybkim ruchem w dół.
Również Nasdaq znalazł się wczoraj na poziomie prostej biegnącej po dołkach ze stycznia i lutego. Gdyby więc i ten indeks przebił to wsparcie, sygnał sprzedaży byłby tym mocniejszy.