Analitycy Greenwich Associates obliczyli, że wśród dużych spółek, oferujących programy emerytalne, 23% aktywów ulokowanych jest w papierach wartościowych własnej korporacji. - To wciąż za dużo, ale proporcja systematycznie się poprawia - uważa konsultant Greenwich Associates Chris McNickle. W 2001 r., kiedy wybuchł skandal Enronu, średnia dla pracowniczych funduszy emerytalnych o minimalnej kapitalizacji 250 mln USD wynosiła 29%. W 2002 r. było to już 26%, a w 2003 r. - 25%. Fakt, że niemal jedna czwarta aktywów w typowym programie emerytalnym jest wciąż trzymana w akcjach jednej spółki, stanowi powód do niepokoju.
- Uczestnicy takich programów nie powinni być zachęcani do inwestowania w akcje własnej firmy lub jakiejkolwiek pojedynczej spółki - twierdzi C. McNickle. Według ekspertów, pracownicy powinni inwestować maksymalnie 10 procent swoich emerytalnych oszczędności we własnej firmie. Najdotkliwiej przekonały się o tym osoby zatrudnione przez Enron. Kiedy energetyczny kolos ogłosił bankructwo w grudniu 2001 r. po jednym z największych skandali księgowych w historii, tysiące pracowników straciło pieniądze odłożone na emeryturę. Większość kapitału ulokowano bowiem w akcjach Enronu. We wrześniu ubiegłego roku zdecydowano, że wychodzący z bankructwa koncern przekaże 321 mln USD pochodzących ze sprzedaży rurociągów swoim byłym pracownikom, którzy często stracili oszczędności całego życia.
Amerykańscy pracownicy mają zasadniczo dwie możliwości odkładania pieniędzy na emeryturę za pośrednictwem swoich pracodawców. Tradycyjne programy emerytalne oferują zatrudnionym z góry określone świadczenia (oprócz państwowej emerytury Social Security) po przepracowaniu także określonej liczby lat. Zyskujące na popularności programy emerytalne 401(k), w odróżnieniu od tradycyjnych, dają pracownikom możliwość dywersyfikowania swoich inwestycji i natychmiastowy dostęp do świadczeń. Nie gwarantują one jednak wysokości świadczeń.
(Nowy Jork)