Piątkowe sesje w Stanach Zjednoczonych najdobitniej pokazały, czym teraz żyją rynki akcji. Liczy się to, co dzieje się z obligacjami. Stąd może nieco zaskakująca reakcja inwestorów na zdecydowanie słabsze od oczekiwań dane z rynku pracy. Początkowo pobudziły one zwyżkę notowań akcji, co wiązać można było z wyraźnym spadkiem rentowności obligacji. Kiedy jednak został opublikowany indeks ISM, wykazujący skokowy wzrost aktywności amerykańskiego przemysłu, zyskowność obligacji zaczęła iść w górę z nawiązką nadrabiając wcześniejszy spadek, co zepchnęło indeksy poniżej czwartkowego zamknięcia.
Ocena trendu na rynku obligacji wydaje się dość oczywista. Wczorajsza zniżka rentowności 10-letnich papierów okazała się jedynie ruchem powrotnym do szczytu z przełomu listopada i grudnia, ukształtowane na poziomie 4,4%. Właśnie tutaj wypadło piątkowe minimum. Obrona tego poziomu otwiera drogę do wzrostu w kierunku 4,9%, czyli maksimum z wiosny ubiegłego roku.
Realizacja takiego scenariusza będzie zapewne oznaczać przełamanie przez S&P 500 linii trendu biegnącej po dołkach z sierpnia i października 2004 r. To na niej zatrzymał się marcowy spadek. W połowie piątkowych notowań indeks dzieliło od tego wsparcia ok. 15 pkt. Jego sforsowanie stałoby się wstępem do zapewne udanego ataku na najważniejszą w dłuższym terminie barierę w okolicy 1160 pkt. Zagrożenie spełnieniem się tych pesymistycznych prognoz po piątkowej sesji znacząco się zwiększyło.
Nasdaq wykonał w zakończonym tygodniu ruch powrotny do styczniowego dołka. Dopóki nie zamknie dnia ponad poziomem przezeń wyznaczonym, prawdopodobieństwo dalszego spadku będzie zdecydowanie większe niż poprawy nastrojów. Minimalny zasięg spadku to 1900 pkt, ale można się obawiać, że po krótkim odbiciu z tego poziomu dojdzie do kolejnej przeceny, sprowadzającej indeks w okolice ubiegłorocznego dołka przy 1750 pkt.
Pogarszają się również perspektywy dla rynków europejskich. DJ Stoxx 50 nie ma siły odbić się od linii trendu, wyprowadzonej z dołka z sierpnia ub.r.