Philip Purcell już od dłuższego czasu jest poddawany ostrej krytyce. Inwestorzy mają mu za złe, że pod jego wodzą Morgan Stanley uzyskuje wyniki słabsze w porównaniu z konkurencją, a kurs akcji tego drugiego co do wielkości banku inwestycyjnego na świecie zamiast iść w górę, sukcesywnie spada.
Roszady na szczycie
Sytuacja wokół banku szczególnie mocno zaogniła się w ostatnich dniach. Zaczęło się od mianowania przez Purcella w zeszły poniedziałek dwóch stosunkowo niskich rangą menedżerów na prezydentów spółki, czyli stanowiska w hierarchii tuż po prezesie. Taki ruch nie spodobał się ani Stephanowi Newhousowi, dotychczasowemu prezydentowi, który natychmiast złożył wymówienie, ani dwóm innym wysoko postawionym menedżerom - szefom jednostek obsługujących instytucje - którzy uczynili to samo.
Zmiany personalne wywołały burzę wśród grupy byłych dyrektorów firmy, a teraz jej znaczących akcjonariuszy. "Mając na uwadze pasmo korporacyjnych pomyłek, za które w największej mierze odpowiada dyrektor generalny, jesteśmy przekonani, że kłopoty Morgana Stanleya nie mogą być rozwiązane bez jego usunięcia" - w imieniu swoim i siedmiu kolegów oświadczył Scott Siprelle, w przeszłości dyrektor zarządzający w nowojorskiej firmie. "Phil Purcell musi odejść" - dodał.
Przekonywanie akcjonariuszy