Reklama

Wczoraj beneficjenci dziś bankruci

Kwotą ponad 0,5 mld zł wsparł Skarb Państwa w latach 2002-2004 restrukturyzację zagrożonych firm. Pomoc okazała się jednak w wielu przypadkach nietrafiona. Obdarowane przedsiębiorstwa są dziś często w gorszej sytuacji, niż były w momencie udzielenia im wsparcia, a część z nich zdążyła nawet splajtować.

Publikacja: 09.04.2005 08:12

Pomoc restrukturyzacyjną, w formie preferencyjnych pożyczek lub podniesienia kapitału, otrzymało od Ministerstwa Skarbu Państwa w latach 2002-2004 łącznie prawie 40 przedsiębiorstw. Ostatnie tego typu wypłaty przeprowadzono blisko rok temu - pod koniec kwietnia 2004 roku, czyli w przeddzień wejścia Polski do Unii Europejskiej. Przepisy wspólnotowe zakazują bowiem udzielania pomocy publicznej, która mogłoby wpływać na konkurencyjność podmiotów działających na rynku UE.

Przyjrzeliśmy się obecnej sytuacji kilku firm, które przed laty otrzymały wsparcie z naszej wspólnej kiesy. Znaleźliśmy... dwa pozytywne przykłady.

Wynik godny

pozazdroszczenia

Pieniędzy nie zmarnowano w zakładach Remor z Recza w woj. zachodniopomorskim. W grudniu 2003 roku Skarb Państwa podniósł kapitały własne spółki o 2,62 mln zł. Kwotę, zgodnie z programem restrukturyzacji, przeznaczono przede wszystkim na spłatę zadłużenia, modernizację parku maszynowego, zdobycie certyfikatu jakości ISO 9001 i wsparcie bieżącej działalności, głównie na pozyskanie nowych kontraktów. Zmniejszono również liczebność załogi do optymalnego poziomu ok. 100 osób.

Reklama
Reklama

- Działania te zaowocowały zdobyciem nowych klientów, a ponadto zmniejszyliśmy emisję zanieczyszczeń i poprawiliśmy warunki pracy załogi - podsumowuje Elżbieta Tybulewicz, prokurent Remoru, spółki z branży metalowej. O poprawie sytuacji jeszcze lepiej mówią wyniki finansowe: w 2004 roku firma osiągnęła czysty zysk wynoszący blisko 440 tys. zł. Podobnych rezultatów, zdaniem E. Tybulewicz, można się spodziewać też w tym roku. Dodajmy, że w 2003 roku przedsiębiorstwo miało blisko 0,5 mln zł straty netto, a rok wcześniej aż 1,7 mln zł.

Stocznia Remontowa Nauta w Gdyni otrzymała w ramach pomocy publicznej ponad 14 mln zł. Kapitał podniesiono we wrześniu 2003 roku. Pieniądze pozwoliły spłacić część zobowiązań, głównie wobec ZUS-u, oraz zasiliły kapitał obrotowy spółki.

Trzeba podkreślić, że spółka nie ograniczyła się wyłącznie do oczekiwania na wsparcie ze strony MSP. Na długo zanim otrzymała pomoc rozpoczęła starania o zawarcie układu z wierzycielami. Dzięki niemu główni dostawcy zredukowali zaległości finansowe Nauty o 40%, a resztę rozłożyli dłużnikowi na raty (płatne do 2008 roku). W podobnym terminie stocznia ma się ostatecznie rozliczyć z zaległych zobowiązań (wraz z odsetkami) wobec ZUS-u. Do spłaty pozostało jeszcze ok. 6 mln zł. - Teraz terminowo dokonujemy spłaty wszelkich zobowiązań - podkreśla Dorota Liszewska, kierownik biura zarządu Nauty.

Firma dostosowała również zatrudnienie do aktualnych potrzeb. W ramach restrukturyzacji wydzielono dwie spółki, które następnie znalazły nowych właścicieli. W efekcie zatrudnienie w samej Naucie skurczyło się z ponad 720 pracowników w 2001 roku do nieco ponad 350 na koniec ub.r. Przedsiębiorstwo sprzedało też własny zbędny majątek.

Na efekty nie trzeba było długo czekać: już na koniec 2003 roku firma mogła się pochwalić zyskiem operacyjnym. Wynik netto, podobnie jak rok wcześniej, był jednak wciąż ujemny - ok. 4,5 mln zł straty. I tak okazał się jednak znacznie lepszy od osiągniętego w 2001 roku, gdy strata sięgnęła aż 13,1 mln zł. Rok 2004 przyniósł radykalne zmiany: wynik finansowy netto przed audytem wyniósł ok. 6,9 mln zł. Również w br. spółka spodziewa się dodatniego rezultatu - ok. 2,5 mln zł.

Niekorzystne kursy walutowe

Reklama
Reklama

Warunkiem udzielenia wsparcia było przedstawienie przez wnioskodawcę kompleksowego programu restrukturyzacji spółki, a beneficjenci mają obowiązek co kwartał rozliczać się z MSP z wykorzystania pomocy. Mimo to efekty wykorzystania publicznych pieniędzy często pozostawiają wiele do życzenia.

Ponad dwa lata temu kwotą 20 mln zł MSP dokapitalizowało Hutę Metali Nieżelaznych Szopienice. - Firma istnieje i na pewno ma się lepiej, niż miałaby się, gdyby tej pomocy nie dostała - mówi członek zarządu spółki Jerzy Czarnecki. Jego słowa nie oznaczają, niestety, że w Szopienicach wszystko jest dzW ub.r. spółka znacznie poprawiła wynik finansowy, jednak wciąż generuje potężną stratę. Zamknie się ona prawdopodobnie kwotą 7,1-7,2 mln zł. Dodajmy, że w poprzednich latach strata netto przekraczała każdorazowo 30 mln zł, a w 2001 roku sięgnęła blisko 48,9 mln zł. Zatwierdzony przed udzieleniem pomocy publicznej plan restrukturyzacji zakładał natomiast, że 2004 rok huta zamknie na "małym plusie".

Gdzie popełniono błąd? - Program restrukturyzacji był oparty na założeniu, że kurs dolara wyniesie 4-4,1 zł - wyjaśnia Marek Głębocki z biura zarządu spółki. Dziś za USD płaci się natomiast około 3,2 zł. Dla Szopienic kursy walutowe mają kolosalne znaczenie, ponieważ aż 80% jej wyrobów trafia za granicę.

Pomoc, którą otrzymała huta, była w całości przeznaczona na zakup surowców niezbędnych do produkcji, przede wszystkim zaś miedzi katodowej. W chwili gdy zatwierdzano dokapitalizowanie, spółka nie miała funduszy nawet na to. Jak wyjaśnia J. Czarnecki, nie przewidziano wówczas także tego, że drastycznie wzrosną ceny miedzi - z 1,65 tys. USD do 3,2 tys. USD za tonę. To kolejna przyczyna obecnej sytuacji firmy - twierdzą przedstawiciele zakładu.

Na kursy walutowe narzekają również w Zakładach Odzieżowych Modar, które dokapitalizowano w styczniu 2004 roku 1,6 mln zł. Zdaniem przedstawicieli spółki, której produkcja w 99% trafia na eksport, straty wynikające z niekorzystnych różnic kursowych sięgnęły w ub.r. co najmniej 150 tys. zł. To znaczące pieniądze dla niewielkiego Modaru.

Plany restrukturyzacyjne zakładały, że firma osiągnie w 2004 roku po raz pierwszy od kilku lat dodatni wynik finansowy. M.in. z powodu kursów ubiegły rok zakończono w Modarze po raz kolejny stratą netto, choć znacznie mniejszą niż w poprzednich latach - ok. 350 tys. zł. Dodajmy, że w 2003 roku strata sięgnęła 1,3 mln zł, a rok wcześniej - aż 1,8 mln zł.

Reklama
Reklama

Gdyby dali

troszkę więcej...

Udzielona Modarowi pomoc była przeznaczona m.in. na zakup maszyn i restrukturyzację zatrudnienia. Oba zadania wykonano, jednak kwota, jaką dysponowano, okazała się za mała, aby istotnie zmienić sytuację spółki. Zdaniem obecnego zarządu (poprzedni odszedł w połowie 2004 r.), pomoc większa o zaledwie kilkaset tys. zł więcej pozwoliłaby dokupić urządzenia i zmniejszyć liczebność załogi o 10 osób. To oznaczałoby bardzo istotne dla Modaru obniżenie kosztów płac.

Także w przypadku Zakładów Mięsnych z Płocka skala otrzymanej pomocy wydaje się, z dzisiejszej perspektywy, zbyt mała. Firmę dokapitalizowano w grudniu 2003 roku kwotą 5,9 mln zł, choć zarząd wnioskował pierwotnie o 9 mln zł. - Aby pomoc faktycznie okazała się skuteczna, powinna być co najmniej o 50% większa od tej, jaką dostaliśmy - ocenia Marta Fikus, urzędująca zaledwie od kilkunastu dni nowa dyrektor ds. finansowych ZM.

Gros pieniędzy z MSP firma przeznaczyła na spłatę wierzytelności, a część (ok. 900 tys. zł) na realizację programu HACCP. Funduszy jednak nie wystarczyło. W efekcie zanim spłacono jedne zobowiązania, pojawiały się kolejne. Dziś poziom opóźnień w regulowaniu zobowiązań w skrajnych przypadkach sięga ok. dwóch miesięcy. Firma musi sobie radzić bez finansowania zewnętrznego, bo banki ponownie odmawiają jej udzielenia kredytów.

Reklama
Reklama

Trwają próby dostosowania zakładu do wymogów unijnych, jednak spółka nadal nie może sprzedawać produktów na rynkach UE.

Niedobrą sytuację Zakładów Mięsnych z Płocka obrazują wyniki finansowe. Strata netto w 2004 roku, według danych sprzed audytu, była ponad dwa razy większa niż rok wcześniej.

Zdezaktualizowany plan

naprawczy

Marek Kołodziejczyk z biura zarządu Fabryki Urządzeń Mechanicznych Poręba mówi, że dla jego firmy pomoc okazała się wręcz kłopotem. Spółkę dokapitalizowano pod koniec 2003 roku kwotą 20 mln zł. Program naprawczy został przygotowany już dużo wcześniej i dopiero jego zaakceptowanie pozwalało uzyskać pomoc publiczną. Jednak od czasu opracowania programu naprawczego do chwili wypłaty pieniędzy upłynęło sporo czasu. - I harmonogram z różnych, niezależnych od nas przyczyn nie był już taki aktualny jak wtedy, gdy go opracowano - tłumaczy Kołodziejczyk.

Reklama
Reklama

Zarząd Poręby chciał zmodyfikować przeznaczenie pieniędzy, jednak na razie MSP nie wyraziło na to zgody. Firma przekazała więc resortowi sprawozdanie z realizacji programu naprawczego. Wymienia w nim te dziedziny, w których pomoc już dała wymierne pozytywne efekty, w których tych efektów nie osiągnięto, i w których pomoc okazała się wręcz "kulą u nogi".

W jeszcze gorszej sytuacji znalazła się Rafineria Glimar. Firma ta w sierpniu 2003 roku została dokapitalizowana kwotą 30 mln zł. Pieniądze miały być w całości przeznaczone na nową inwestycję nazwaną hydrokompleksem. W nim miały być produkowane nafty i oleje bazowe, których dotychczas nie wytwarzała żadna inna polska rafineria. Hydrokompleks - w myśl założeń - zasadniczo poprawiłby sytuację spółki.

Problem polegał jedynie na tym, że inwestycja była droga: miała kosztować 700 mln zł. Zastrzyk finansowy z MSP był więc tylko małą częścią potrzeb, ale zarządowi udało się wynegocjować tylko taką kwotę. Pieniędzy brakowało i realizacja inwestycji, która miała być oddana do użytku w 2004 roku, przedłużała się. Jednocześnie zaczynało brakować funduszy także na bieżące potrzeby spółki. 19 stycznia ogłoszono upadłość. Inwestycji nie ukończono i szanse na jej sfinalizowanie, mimo zabiegów syndyka, nie wydają się duże (brakuje aż 300 mln zł).

Glimar ostatni raz miał dodatni wynik finansowy w 2002 roku. Wówczas wypracował 1,4 mln zł zysku netto. Rok później strata netto sięgała aż 106,4 mln zł, ub.r. spółka zamknęła z 43,2 mln zł na minusie.

Plajty się mnożą

Reklama
Reklama

Przypadek Glimaru nie jest odosobniony. Wśród firm, które całkiem niedawno otrzymały potężny zastrzyk publicznych pieniędzy, jest zresztą znacznie więcej bankrutów. Całkiem niedawno sąd ogłosił upadłość Zakładów Mięsnych w Grudziądzu. Spółka w styczniu 2003 roku została zasilona przez MSP kwotą 7,61 mln zł. W chwili gdy firma plajtowała, jej wierzytelności przekraczały 6 mln zł.

Bankrutem jest dziś również Tonsil. Ten wielkopolski producent głośników został zasilony przez Skarb Państwa w lutym ub.r. 6 mln zł.

Plajta nie jest obca również firmom z grupy Ursus, które dokapitalizowano z naszych wspólnych pieniędzy w sierpniu i w październiku 2002 roku. Spółki: Eko-Diesel, Karoseria, Odlewnie Ursus oraz Zakład Zespołów Napędowych otrzymały wówczas w sumie ponad 27,6 mln zł. "Pomoc publiczna pozwoli odzyskać płynność finansową oraz uruchomić zaprzestaną produkcję ciągników marki Ursus" - uzasadniał wtedy decyzję resort skarbu. Był w błędzie. Mimo zastrzyku publicznych pieniędzy, sytuacja wszystkich dokapitalizowanych spółek szybko się pogarszała. W związku ze stratami, jakie wykazano już po uzyskaniu pomocy Skarbu Państwa, wymieniono zarządy w trzech z czterech firm: ZZN, Eko-Dieslu i w Odlewni. I ten dramatyczny ruch niewiele przyniósł - dwa ostatnie przedsiębiorstwa postawiono w stan upadłości.

Z danych Departamentu Restrukturyzacji i Pomocy Publicznej MSP wynika jasno, że obie te firmy przeznaczyły otrzymane pieniądze na inne cele, niż zapisane w umowie o udzieleniu pomocy. Eko-Diesel na reorganizację produkcji wydał tylko 110 tys. zł, choć zadeklarował - 840 tys. zł. "Zaoszczędzone" w ten sposób kwoty przeznaczał na działalność bieżącą, czyli po prostu "przejadał". Podobnie było w przypadku Odlewni Ursus, gdzie na bieżącą działalność wydano ponad połowę pieniędzy przekazanych na restrukturyzację produkcji. Na dodatek okazało się, że spółka sprzedawała swoje produkty... poniżej kosztów materiałów i energii.

Prawie trzy lata temu upadłość ogłosiła również Stocznia Szczecińska Porta Holding. Było to niedługo po tym, jak zakład otrzymał w ramach pomocy publicznej 8,5 mln zł na wynagrodzenia dla pracowników. Czy MSP może jeszcze odzyskać pożyczone wówczas na preferencyjnych warunkach pieniądze?

- Zgłosiliśmy wniosek do syndyka masy upadłościowej stoczni - mówią ministerialni urzędnicy. Można jednak przypuszczać, że także pieniądze przekazane kiedyś szczecińskiej spółce wpadły w dziurę bez dna.

Pomoc publiczna ma się zmienić

Rząd przeanalizował pod koniec marca zakres i sposoby udzielania pomocy publicznej w ostatnich latach. Ministrowie uznali, że brakowało nie tylko kompleksowego podejścia do zagadnień wsparcia, ale przede wszystkim oceny skuteczności i efektywności udzielanej pomocy.

Skierowano ją sektorowo, adresując głównie do górnictwa i hutnictwa. Np. w 2003 roku na potrzeby tych dwóch branż przeznaczono aż 97,7% łącznej pomocy sektorowej. Zbyt małe sumy przeznaczano natomiast na pomoc regionalną i działania np. w dziedzinie zatrudnienia, ochrony środowiska, badań i rozwoju czy wsparcia małych i średnich przedsiębiorstw.

Teraz ma się to zmienić, m.in. w związku z wejściem Polski do Unii Europejskiej. Rząd przyjął, że pomoc ma być teraz adresowana głównie do mniejszych firm, modernizujących i unowocześniających działalność, wdrażających nowe technologie i sposoby zarządzania. Celem wsparcia będzie wzmacnianie konkurencyjności polskich przedsiębiorstw, sprzyjanie ich rozwojowi i zwiększaniu zatrudnienia.

Polityka udzielania pomocy publicznej w Polsce ma być skorelowana ze standardami i tendencjami w Unii Europejskiej.

Rząd oszacował, że na pomoc publiczną w latach 2005-2010 zostanie przeznaczone 15,6 mld euro.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama