Przed kilkoma tygodniami pisałem w tym miejscu, że wraz z rozpoczęciem kwietnia rynek amerykański wchodzi w okres analogicz-ny do tego, w którym nastąpił krach w 1987 r. Analogiczny pod kątem okresu, jaki upłynął od kwartału rekordowego wzrostu dynamiki zysków, czyli II kw. 1987 r. (w IV kw. 2004 r. było +13,4%). Publikacja takich "strasznie" dobrych wiadomości zawsze wywołuje jeszcze falę nadmiernego optymizmu, a potem w kolejnych miesiącach wygórowane oczekiwania stają się pożywką niedźwiedzi. Ostatni tydzień w USA raz jeszcze to potwierdził. Oczywiście, powtórki z krachu rynki amerykańskie nie mogły zrobić, ale dynamika trzydniowej przeceny była imponująca, szczególnie jeśli brać pod uwagę, że publikowane raporty spółek wcale nie były tak pesymistyczne (w odniesieniu do oficjalnych oczekiwań analityków), jak reakcja na nie.
Po tak dramatycznej końcówce tygodnia w USA polskie byki były skazane w poniedziałek na pożarcie. Niespodzianki żadnej nie było, a skala przeceny i tak nie w pełni odwzorowuje zachowanie europejskich parkietów. Co dalej? Po pierwsze, zeszliśmy pod "ostatnie" zniesienie 61,8% fali wzrostowej ze stycznia, wcześniej zatrzymując odreagowanie na "pierwszym" zniesieniu 38,2 proc. przeceny z marca. Po drugie, wciąż trzyma się linia trendu spadkowego. Po trzecie, kolejnymi lukami coraz szybciej schodzimy niżej. Po czwarte, równie słaby techniczny obraz rysuje się na najważniejszych zachodnich parkietach. W końcu po piąte - nie widziałem wczoraj ani paniki, ani rynkowego zwrotu, któremu towarzyszyłby charakterystyczny rozkład obrotów. O uspokojenie po całej tej wyprzedaży będzie bardzo łatwo, ale kolejna iskierka umożliwi szybki spadek o następne 50 pkt. Stosunek ryzyka do potencjalnego zysku jest wciąż korzystny dla niedźwiedzi.