Końcówka tygodnia dała optymistom trochę nadziei. Najpierw w czwartek w bardzo dobrym stylu (wyraźny skok obrotów) rynek ruszył do odreagowania, a "wyciskanie krótkich" za Oceanem pozwoliło na otwarcie piątkowej sesji luką hossy. Tym samym na wykresie indeksu WIG20 (kontrakty w końcówce zeszły na minusy) utworzona została wyspa odwrotu, która w optymistycznych komentarzach, wraz ze wspomnianym zwrotem, będzie zapewne jednym z głównych argumentów zakończenia trendu spadkowego.
Ale ja na to aż tak optymistycznie teraz nie patrzę. Wczorajsze już niższe obroty sugerują tylko korekcyjny charakter wzrostu, a ewidentne wymuszenie go przez rynek amerykański też osłabia trochę jego wymowę. Do tego wciąż obowiązuje linia trendu spadkowego, rozpoczętego na przełomie lutego i marca. Dopiero jej wyraźne pokonanie pozwoli na optymizm w średnim terminie. Na razie wcale nawet nie musimy tego oporu testować. Już wczoraj zaliczyliśmy ruch powrotny do marcowych dołków, które były jednocześnie zniesieniem 61,8% fali wzrostowej ze stycznia. Po tym odreagowaniu mocno wyprzedanego rynku klasyką byłoby teraz przetestowanie styczniowego dołka.
Należy przypomnieć, że w przyszłym tygodniu nie będzie już argumentów kupna takich jak wyprzedanie GPW, czy rynków zachodnich. Teraz, żeby fundusze rozpoczęły mocniejsze zakupy, musiałyby stwierdzić możliwość nowe trwałej fali wzrostowej, która przy takiej niepewności politycznej jest na razie wątpliwym scenariuszem. Pod decyzję Rady też nie za bardzo jest sens grać, bo 25 pb. jest już powszechnie wyczekiwaną decyzją, a z kolei wyniki polskich spółek to jeszcze zbyt odległy temat. Oczywiście pamiętam, że rynek najlepiej rośnie po "ścianie strachu". Na razie jednak szykuje się tylko walenie głową w mur.