No i znowu przeciętny Kowalski ma problem z oceną tego, co się obecnie w naszym pięknym państwie dzieje. Właściwie chyba nieprawnie użyłem określenia "znowu", bo stan niejasności, pokręcenia, niejednoznaczności etc. jest stanem permanentnym.

Po pierwsze, polityka. Prawie wszyscy chcą odwołania ministra Sochy, minister Socha zostaje. Jak się słucha publicznych wypowiedzi posłów, to już większość chce przedterminowych wyborów. Jednak kiedy przychodzi co do czego, to właściwie nie bardzo wiadomo, z kim na ten temat rozmawiać i komu tak naprawdę jest to na rękę. Prawda ujrzy światło dzienne piątego maja, bo wtedy Sejm będzie głosował nad samorozwiązaniem. Czy zwycięży zdrowy rozsądek, czy też "dietetyczna" część duszy poselskiej - dla wielu to ostatnie miesiące pobierania łatwych i niemałych przecież pieniędzy - trudno w tej chwili powiedzieć. Rząd mamy teoretycznie SLD-owski, ale premier SLD-owski już raczej nie jest. No, ale ponieważ znaczna część SLD nie pojawi się w ławach poselskich nowego parlamentu, premierowi tego typu niesubordynacja uchodzi bez konsekwencji. Mało tego, może on sobie na wiele więcej pozwolić, bo się go przecież, w obawie o własne parlamentarne życie, na razie nie ruszy. Czy tego typu paradoksy mam wymieniać dalej?

Po drugie, gospodarka. Generalnie z samą oceną sobie jakoś radzimy w tym sensie, że potrafimy wyjaśnić, dlaczego jest nieco gorzej. Początek zeszłego roku był zaburzony wejściem do Unii Europejskiej. Baliśmy się pomajowej przyszłości, stąd np. wzmożone zakupy, a więc i znacznie większa produkcja. Potem sytuacja wróciła do normy. Teraz musimy porównywać się do tych bardzo dobrych miesięcy, stąd na pierwszy rzut oka nie najlepszy obraz gospodarki. Spowolnienie jest, ale nie aż tak znaczne, jak mówią niektórzy. Co cieszy, to wciąż dobry, pomimo mniej korzystnego kursu euro, eksport. Czyli w sumie niby jest nieźle. Ale z drugiej strony, jak się to mówi przeciętnemu Kowalskiemu, to albo się śmieje, albo się śmieje przez łzy. Jak może być dobrze, skoro bezrobocie wciąż sięga 20%? To może się zmienić, jeśli rzeczywiście wyraźnie zaczną rosnąć inwestycje. Na razie wygląda na to, że rosnąć będą. Ale na pewno niepewność polityczna im w tym wzroście nie pomaga.

Po trzecie, stan finansów publicznych. Jak się słucha prominentów, szczególnie z Ministerstwa Finansów, to jest lepiej, żeby nie powiedzieć dobrze. To trochę dziwne, bo wprowadzono w porywach połowę planu Hausnera (być może w tym przypadku połowa nie oznacza 50%), a przecież wprowadzenie całości było, nawet zdaniem rządzących, absolutnym minimum. Złośliwi, albo, jak kto woli, oceniający trzeźwo powiedzą, że owszem jest lepiej, ale głównie dlatego, że złoty się umocnił i wyraźnie spadło nam zadłużenie denominowane w walutach obcych. Idźmy dalej: premier mówi, że realizacja budżetu przebiega dobrze, ale jednocześnie mamy informacje, że pociągi mogą stanąć, bo nie ma pieniędzy (to podobno wina samorządów), a ZUS ma taką dziurę, że już nawet banki komercyjne nie bardzo chcą mu pożyczać pieniądze. W każdym razie nie po "normalnych" stawkach. A przecież w tym roku ZUS miał nie korzystać z finansowania komercyjnego.

To co tak naprawdę się dzieje? No, właściwie nic specjalnego. Ot, jak zwykle w Polsce. Zapewne dopiero za kilka lat się okaże, przynajmniej z perspektywy przeciętnego Kowalskiego, jak to w tym 2005 roku było. Ale na pewno nie do końca, dalej będzie sporo niejednoznaczności. Przecież z oceną historii też mamy potężne problemy. Szczególnie ostatnio...