Słuchając Marka Belki, można dojść do wniosku, że tak progospodarczego rządu to już w Polsce nie będzie. W każdym razie w najbliższym czasie. Zresztą chyba mniej więcej takie słowa padły w jednym z wywiadów premiera. No tak, porównując działania naszego gabinetu z tym, co wyprawiają władze niektórych państw "starej" Unii, rzeczywiście można dojść do takiego wniosku.
Nie przesadzajmy jednak: ten rząd nie jest rządem liberalnym o wyraźnym nastawieniu rynkowym. Jemu się co najwyżej może wydawać, że takim jest. Owszem, koncepcji obniżania podatków, porządkowania przepisów itd., itp. powstaje w nim wiele, ale co z tego, skoro na ich wejście w życie szanse, w większości przypadków, są niewielkie, żeby nie powiedzieć żadne.
O ograniczeniu administracji państwowej, czy jak kto woli, państwowej biurokracji, możemy tylko pomarzyć. Wciąż jest dokładnie to samo, o czym każdy przedsiębiorca może się przekonać na własnej skórze. To samo zresztą dotyczy osób prywatnych. Zachłysnęliśmy się np. zapowiedzią dotyczącą możliwości rozliczania się z fiskusem przez internet, teraz okazuje się, że i owszem, ale najwcześniej za cztery lata.
Następna kwestia to podatki. Czy jakieś podatki obniżono w ostatnich dwunastu miesiącach? Wręcz przeciwnie. Przecież budżet na 2005 rok ograniczenie deficytu zawdzięcza właśnie podwyżce podatków. Nie jest to na szczęście podatek CIT, ale w przypadku PIT kolejny rok zamrożenia progów podatkowych daje nam przecież właśnie taki efekt. Weźmy podatek akcyzowy. Przecież podniesienie akcyzy na paliwo zwiększa koszty działalności praktycznie wszystkich podmiotów gospodarczych.
Już na początku swojego urzędowania minister finansów poinformował nas, że i owszem podatki muszą być obniżane i muszą być upraszczane, ale jest to możliwe dopiero od 2006 roku. No właśnie, bo wtedy nie będzie już tego rządu. Ale za to ten rząd gotowy jest pracować nad nowymi rozwiązaniami dla przyszłego. Wielkie dzięki, ale kto z tego skorzysta?