Po kolejnym wzroście w USA wiadomo było, że na naszym rynku poranek należeć będzie do byków. O całej sesji już tak mówić nie można było, bo nie raz już impuls wywołany dobrym nastrojem za oceanem wyczerpywał się zanim usłyszeliśmy Hejnał Mariacki.

Tak było i tym razem. Sił bykom starczyło na otwarcie z luką hossy (druga) i wzrostem o parę punktów. Szybko jednak ceny zaczęły słabnąć. W południe czekała nas tradycyjna konsolidacja. Ciekawie ponownie zrobiło się po 14: 00. Nie, nie za sprawą danych makro w USA, bo te nie były zaskoczeniem. Na rynku pojawił się popyt. Problem w tym, że ceny kontraktów skoczyły w górę za indeksem, który był podnoszony przez jedną spółkę (PKN) i kosze zleceń kupna na pozostałe. Nie można było tego odebrać, jako poważny atak kupujących. Końcowa godzina sesji udowodniła, że faktycznie ruch był sztuczny.

Sesja nie zakończyła się jednak zupełną klęską byków. Wykreślona rano luka do końca notowań nie została zamknięta. Na wykresie cen kontraktów poważnie naruszona została linia trendu spadkowego. Mówię o naruszeniu, gdyż faktycznie wydarzenie to nie skutkowało jakimś przyspieszeniem wzrostu, a takowe przy sygnale kupna powinno się pojawić. Warto też zauważyć, że do analogicznego sygnału na wykresie WIG20 jeszcze sporo brakuje, a to właśnie indeks był ostatnio bardziej wiarygodny.

Mamy za sobą sesję remisową w sytuacji, gdy popyt powinien utrzymać przewagę. To trochę burzy dobre samopoczucie byków. Nie należy zapominać, że wzrost w czasie ostatnich dwóch dni to w dużej części "wyciśnięcie krótkich". Wartość LOP dynamicznie spadła, a mocny ruch cen był wynikiem niskiego obrotu. Wąskie gardło zadziałało. Teraz zakupy trzeba już robić z myślą o poważniejszym wzroście i właśnie teraz popytu brakuje.