Wczorajszy spadek na warszawskiej giełdzie był naturalną reakcją na rozczarowujące informacje o stanie polskiej gospodarki w pierwszych trzech miesiącach tego roku. Jednocześnie na świecie utrzymywały się dobre nastroje - S&P 500 na 20 pkt zbliżył się do tegorocznego maksimum. Amerykański indeks odrobił ponad dwie trzecie wcześniejszego spadku, nasz jedną trzecią. W tej sytuacji rodzi się pytanie o możliwość nadrobienia przez WIG20 tych "zaległości".
Przeciwko takiemu wariantowi przemawiają wyniki oferty Lotosu. Ustalenie ceny emisyjnej w dolnej granicy widełek oraz rezygnacja Nafty Polskiej ze sprzedaży swojego pakietu potwierdzają, że nasz rynek, tak zresztą jak i wiele innych rynków wschodzących, znalazł się poza kręgiem zainteresowania zagranicznych graczy. Trzeba to wiązać z radykalnym wzmocnieniem dolara, który wzmaga zainteresowanie amerykańskimi aktywami. Widać to po zachowaniu rynku obligacji, gdzie rentowność 10--latek spadła wczoraj poniżej 4% i znalazła się na najniższym poziomie od przeszło roku. Przekonuje o tym wzrost indeksów w USA w pierwszej połowie wczorajszej sesji, w którym nie przeszkodziła informacja o spadku indeksu ISM do poziomu sprzed dwóch lat. Już tylko krok dzieli go od przekroczenia 50 pkt, oddzielających rozwój sektora przemysłowego od regresu. Słabnięcie amerykańskiej gospodarki sygnalizują też wskaźniki wyprzedzające koniunktury (zmiana roczna jest ujemna). Ignorowanie złych informacji można traktować jako oznakę siły rynku. Jednak jeśli z taką sytuacją mamy do czynienia w momencie, gdy indeks pozostaje wciąż blisko szczytu, to jest to raczej powód do zaniepokojenia nadmiernym optymizmem inwestorów.
O spadku zainteresowania polskimi aktywami zagranicznych podmiotów świadczy też siła rynku obligacji połączona ze słabością złotego. Do marca złoty i ceny papierów skarbowych poruszały się w tę samą stronę. Krajowe podmioty skupiać się raczej będą w czerwcu na ofertach pierwotnych, więc nie za bardzo wiadomo, skąd miałby pochodzić większy popyt na polskie akcje.