Gwiazdką wczorajszej sesji bez wątpienia był minister skarbu, który przełożeniem oferty m.in. PGNiG "uwolnił" rezerwy gotówki szykowane na rynek pierwotny. Rynek odebrał to jako bardzo dobrą wiadomość i trudno podważać taką interpretację. Za długo jednak inwestuję na rynkach kapitałowych, by wczorajszy wzrost tylko tym tłumaczyć. Przecież gdyby nastroje na światowych parkietach były diametralnie inne, to interpretacja wczorajszej wiadomości wyglądałaby np. tak:

Oferta PGNiG miała mieć wartość 1,5 mld zł. Wraz z Lotosem te dwie spółki miały być dla zagranicznych inwestorów największym magnesem. PGNiG zagranica nie ujrzy jeszcze długo, a w przypadku Lotosu, po decyzji Nafty Polskiej, transza dla zagranicznych instytucji zredukowana została (najmocniej) do 9,7 mln akcji. Niektórzy powiedzą, że im mniej akcji, tym większa cena. Trochę w tym racji jest, ale małe oferty publiczne całkiem przestają interesować największych globalnych graczy, niezależnie od spółki. A o tym, jak szeroki rynek korzysta z zainteresowania zagranicą, świadczy zachowanie indeksów w okolicach oferty PKO BP. Do tego wszystkiego należałoby jeszcze dodać, że skoro oferta PGNiG została odwołana z powodów... przedwyborczych zawirowań politycznych i obecnej kondycji rynku kapitałowego, to zapowiedź tej oferty na wyborczy wrzesień jest jakimś nieporozumieniem z gatunku political fiction.

Prawdziwych powodów wczorajszych zwyżek szukałbym natomiast na pewno na rynkach zagranicznych. Trzeba bowiem zauważyć, że niemiecki DAX w przedwyborczej euforii systematycznie poprawia szczyty hossy, Ameryka korzysta ze śmiesznie niskiej rentowności obligacji, a węgierski BUX przełamał właśnie kwietniowe szczyty. Czyli właśnie poziomy analogiczne do opisywanego tutaj ostatnio oporu 1930 pkt dla WIG20 i kontraktów.