Reklama

Budżetowe negocjacje na finiszu

Jeszcze nie ucichł szum wokół francuskiego i holenderskiego "nie" w konstytucyjnych referendach, a już Unia Europejska ma na głowie inne zmartwienie: jak skonstruować budżet na najbliższe lata, żeby przypadł do gustu wszystkim członkom? Kompromisu szefowie unijnych państw i rządów będą szukać w czwartek i piątek.

Publikacja: 14.06.2005 08:23

Teraz o wysokości wpłat i podziale wydatków z brukselskiej kasy decyduje Agenda 2000. Siedmioletni program wygasa jednak z końcem przyszłego roku i dlatego potrzebne są ramy budżetowe na kolejne lata. Im wcześniej zostaną przyjęte - a muszą przejść jednogłośnie - tym lepiej. Według Komisji Europejskiej, termin graniczny to półmetek tego roku. Tylko wówczas starczy czasu na opracowanie programów pomocowych, tak aby mogły wystartować z początkiem 2007 r. i zostać w pełni wykorzystane.

Do końca półrocza pozostało już bardzo niewiele czasu. Ostatnia szansa na kompromis w pożądanym przez Komisję terminie to zaplanowany na czwartek i piątek szczyt UE w Brukseli. Na chwilę przed jego rozpoczęciem sporo pytań wciąż jednak pozostaje bez odpowiedzi. Czy znikną naciski na ograniczanie wydatków? Czy Polska i inni beneficjenci zrezygnują z części unijnej pomocy? Czy Wielka Brytania zrezygnuje lub przynajmniej zgodzi się ograniczyć swój rabat?

Przycinanie procentów

W propozycjach unijnego budżetu na 2007 rok i kolejne lata można się pogubić. Różnice dotyczą głównie dziesiątych lub setnych części procentu unijnego dochodu narodowego.

Pierwsza propozycja to pomysł poprzedniej Komisji Europejskiej, która zaproponowała, żeby na lata 2007-2013 podnieść poziom wydatków ze wspólnej kasy do 1,14% dochodu narodowego brutto (DNB) 25 państw członkowskich. Oznaczałoby to, że sięgną 928 mld euro. Pod tą propozycją obiema rękami podpisała się też Komisja w nowym - wyłonionym na jesieni - składzie, na czele z przewodniczącym Jose Manuelem Barroso. - Nie da się rozszerzać Unii bez zwiększania nakładów na politykę spójności - stwierdził w grudniu Portugalczyk, po tym jak "jego" Komisja zaakceptowała ustalenia poprzedników.

Reklama
Reklama

Według przedstawionych w kwietniu przez Komisję szczegółów unijnego budżetu, zobowiązania finansowe Brukseli na lata 2007-2013 miałyby sięgnąć 1,26% DNB, czyli 1025 mld euro (kwota faktycznych płatności została przy tym potwierdzona na poziomie 928 mld euro). Lwią część - prawie 405 mld euro - pochłonęłaby polityka rolna. Ten składnik unijnego budżetu jest efektem wcześniejszych uzgodnień i do 2013 r. nie podlega negocjacjom. W dalszej kolejności Komisja chciałaby przeznaczyć pieniądze na politykę spójności, czyli pomoc najbiedniejszym regionom (prawie 339 mld euro), oraz na poprawę konkurencyjności (ok. 133 mld euro), z których to środków skorzystaliby głównie "starzy" członkowie. Na politykę zagraniczną przewidziano 95 mld euro.

Klub sześciu

- Nie możemy mieć więcej Europy za mniej pieniędzy - mówił jeszcze w grudniu przewodniczący Barroso. Jego słowa stanowiły odpowiedź na wysunięte dużo wcześniej żądania sześciu państw będących płatnikami netto do brukselskiej kasy - Austrii, Francji, Holandii, Niemiec, Szwecji i Wielkiej Brytanii - które zaproponowały, by poziom unijnych wydatków ograniczyć do 1% DNB, czyli do 814 mld euro. To kwota o ponad 100 mld euro niższa od propozycji Komisji.

"Klub sześciu" chciał przede wszystkim ograniczenia wypłat w ramach polityki spójności i ich utrzymania w części przeznaczonej na konkurencyjność. Ofiarą padłyby więc przede wszystkim nowe państwa członkowskie, a także Hiszpania, której nie chciano przedłużyć prawa do korzystania z funduszu spójności. Kraje "szóstki" chciały mniejszego unijnego budżetu przede wszystkim dlatego, że - jak tłumaczyły - same muszą konsolidować (ograniczać) swoje własne krajowe finanse i to samo powinna czynić Unia.

Kompromis z Luksemburga

Przy mocno rozbieżnych stanowiskach Komisji oraz wspólnotowych potęg - i mając świadomość szybko uciekającego czasu - za szukanie kompromisu ostro wziął się przewodniczący Unii w tym półroczu Luksemburg. Premier tego kraju Jean-Claude Juncker zdążył do tej pory przedstawić już trzy projekty budżetu i w drodze nieustających negocjacji z szefami unijnych rządów zdołał kilku z nich przekonać do swoich kompromisowych rozwiązań. Ostatnią propozycję warunkowo zaakceptowała m.in. Polska (szanse na przyjęcie budżetu podczas rozpoczynającego się pojutrze szczytu premier Marek Belka ocenił na ponad 50%), a Niemcy po raz pierwszy zadeklarowały gotowość do kompromisu.

Reklama
Reklama

Według obliczeń specjalistów, ostatnia, pochodząca sprzed dwóch tygodni, luksemburska propozycja oznacza ograniczenie zobowiązań do 1,06% DNB, czyli 875 mld euro, a realnych wydatków do około 0,97% DNB Unii, czyli 804 mld euro. "Luksemburski" budżet na papierze może być zresztą niższy (ku zadowoleniu "klubu sześciu") lub wyższy dzięki sztuczce, polegającej na wyjęciu poza jego ramy nowego funduszu dla najbiedniejszych regionów oraz Europejskiego Funduszu Rozwoju (pomoc dla byłych kolonii europejskich). Przypadające na nie pieniądze mogą, ale nie muszą, być wliczane do ogólnego planu wydatków. Niemcy, Holendrzy i Szwedzi mają też zostać "udobruchani" przez korzystne zmiany w przepisach dotyczących wpłat do budżetu z tytułu podatku VAT.

Żeby jednak ból głowy budżetowych negocjatorów nie zmalał, swoje zdanie w kwestii wielkości unijnej kasy wyraził też Parlament Europejski, do którego będzie należeć ostateczny głos w budżetowej debacie. Przed tygodniem Parlament przyjął własny projekt unijnych dochodów i wydatków. Eurodeputowani, którzy zdają sobie sprawę, że poszerzona Unia potrzebuje więcej pieniędzy, okazali się niewiele mniej hojni od Komisji - w ich wersji unijne zobowiązania w latach 2007-2013 miałyby sięgnąć 1,18% DNB, czyli ok. 975 mld euro (wydatki to 1,07% DNB - ok. 883 mld euro). Według przewodniczącego Komisji Jose Manuela Barroso, Parlament wykazał "zdrowy rozsądek", przedkładając potrzeby Unii nad partykularne interesy poszczególnych jej członków.

Rabat niezgody

Obok samej wielkości budżetu, osobną kwestią sporną w budżetowej dyskusji jest tzw. brytyjski rabat, czyli kwota pieniędzy, o jaką Wielka Brytania co roku zmniejsza swoją składkę do Brukseli. Rabat, wywalczony 21 lat temu przez premier Margaret Thatcher, ma stanowić rekompensatę za to, że silnie zurbanizowana Wielka Brytania w bardzo niewielkim stopniu korzysta z pomocy rolnej. Jego obecna wartość to ok. 4,6 mld euro.

Brytyjski rabat krytykują praktycznie wszystkie państwa Unii. Tłumaczą, że w momencie, gdy Wielka Brytania zaczęła z niego korzystać, wydatki na rolnictwo stanowiły ok. 70% unijnego budżetu, gdy teraz ich udział to około 40%. Dodatkowo Wielka Brytania jest krajem znacznie bardziej zamożnym niż dwie dekady temu.

W sytuacji gdy na kompromisowy budżet proponowany przez Luksemburg gotowych jest przystać większość państw członkowskich, to właśnie brytyjski rabat budzi najwięcej zastrzeżeń. - Nadszedł czas, żeby nasi angielscy koledzy zrozumieli, że muszą uczynić gest solidarności z Europą - nawoływał w zeszłym tygodniu prezydent Francji Jacques Chirac. - Wielka Brytania jest solidarna, bo przez ostatnie dziesięć lat nawet z rabatem wnosiła do wspólnej kasy dwa i pół razy więcej niż Francja. Bez rabatu byłoby to piętnaście razy więcej niż Francja. To jest nasz gest - odpowiadał szef brytyjskiego rządu Tony Blair.

Reklama
Reklama

Wersja "luksemburska" planu unijnych wydatków zakłada, że rabat Brytyjczyków początkowo zostanie zamrożony na dotychczasowym poziomie, a później stopniowo będzie zmniejszany. W przeciwnym wypadku mógłby wzrosnąć do 7-8 mld euro rocznie. Negocjacje Jeana-Claude'a Junckera z Brytyjczykami prawdopodobnie będą trwać do ostatniej chwili.

Na ostatni dzwonek?

Mimo znacznego zbliżenia stanowisk poszczególnych państw, wielu obserwatorów uważa, że czwartkowo-piątkowy szczyt nie przyniesie kompromisu w sprawie budżetu. Po fiaskach konstytucyjnych referendów może to być zatem kolejny cios dla idei jednoczenia Europy. Jednak tak jak "nie" powiedziane przez Francuzów i Holendrów w sprawie konstytucji nie przesądza jeszcze o jej całkowitym pogrzebaniu, tak samo w przypadku budżetu na lata 2007-2013 niepowodzenie nie będzie oznaczać, że Unia w ogóle przestanie się nim zaO kompromis w kolejnych miesiącach może być jednak trudno. Z początkiem lipca od Luksemburga pałeczkę przewodnictwa w Unii na pół roku przejmie Wielka Brytania. Dlatego trudno spodziewać się, żeby jej skłonność do ustępstw w sprawie przysługującego jej rabatu mogła się zwiększyć. Z kompromisem prawdopodobnie będą chcieli poczekać Niemcy, przynajmniej do przewidywanych na jesień tego roku (przyspieszonych o rok) wyborów parlamentarnych. To wszystko oznacza, że najbliższy możliwy termin osiągnięcia porozumienia przypada dopiero w przyszłym roku.

Najgorszy scenariusz to przeciągnięcie rozmów o budżecie aż do końca przyszłego roku i brak porozumienia w tej sprawie. Oznaczałoby to, że od początku 2007 r. Bruksela będzie zbierać i dzielić pieniądze na podstawie prowizorium budżetowego, co w skrócie oznacza, że wypłacane będą tylko dopłaty bezpośrednie rolnikom i pensje biurokratom. Na szczęście jednak ten najgorszy scenariusz jest uznawany za najmniej realny.

Polska patrzy na szczegóły

Reklama
Reklama

Od początku "przymiarek" do unijnego budżetu na lata 2007-2013 nasz rząd nie chciał się wypowiadać, jaki poziom wydatków nas satysfakcjonuje. - Najważniejsza jest ocena, w jaki sposób wielkość budżetu przekłada się na środki dla Polski - tłumaczył wielokrotnie Jarosław Pietras, szef Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej. Pod lupą UKIE znalazła się więc propozycja Luksemburga dotycząca zasad podziału budżetu na poszczególne fundusze (tzw. negotiating boxes). Okazało się wówczas, że na zwiększaniu wydatków UE Polska paradoksalnie nic nie zyska. Transfery do krajów UE ograniczone są bowiem do 4% ich DNB. Luksemburg zaproponował ograniczenie tego pułapu dla Polski do 3,9% DNB - co oznacza stratę około 2,5% środków. To dużo, zważywszy na fakt, że "na czysto" z unijnej kasy możemy dostać przez 7 lat około 60-64 mld euro.

Polską bolączką jest również przygotowanie dobrych projektów finansowanych przez Brukselę. Dlatego też staramy się o maksymalne wydłużenie okresu, w którym będziemy mogli rozliczać się z inwestycji realizowanych z Funduszu Spójności. Do tej pory limitu takiego nie było, teraz mówi się o 3 latach. Dlatego też opowiadamy się za jak najszybszym kompromisem w sprawie budżetu - chodzi o to, aby jak najwcześniej poznać ostateczne kwoty, jakie UE jest w stanie nam przekazać. Wtedy łatwiej projektować nowe inwestycje.

Dopóki mamy inną niż euro walutę, ważną sprawą jest dla nas także kurs, po jakim następuje przeliczanie naszego DNB na euro. Komisja Europejska stosuje przelicznik PLN/EUR, biorąc pod uwagę średni roczny kurs złotego (w 2004 r. było to 4,53 PLN/EUR). Dla Polski lepiej byłoby, gdyby KE stosowała kurs z końca 2004 r. (a więc już po aprecjacji złotego), wtedy bowiem DNB wyrażony w euro byłby wyższy. W konsekwencji "podniósłby" się także pułap maksymalnych transferów do naszego kraju.

Wreszcie opowiadamy się za ograniczeniem tzw. rabatu brytyjskiego. Już teraz finansujemy bowiem około 3% kwoty zwracanej Brytyjczykom.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama