Do tego, że ciekawe, śmieszne, a czasem też i straszne rzeczy dzieją się za naszą wschodnią granicą, dawnośmy już przywykli. I nie mam tu na myśli białoruskiego samozwańca z kołchozu ani jego prywatnej wojny z Polakami. Nas, którym w oczy różne wiały wiatry ze Wschodu, nie dziwi nawet kwitnąca gospodarka Czukotki, gdzie nie ma pastwisk, a mimo to pogłowie bydła rośnie w tempie, na które z zazdrością mogłyby patrzeć króliki hodowane przez Lejzorka w jednej ze stepowych guberni. Nie zdumiewa też kara dla Chodorkowskiego, któremu parę najbliższych lat przyjdzie spędzić w obozie pracy. Świat się zmienia, ustroje też, a burżujów nadal pakują do łagrów. I może dobrze im tak?
Nasi sąsiedzi z Zachodu niewiele z tego widzą, a jak już widzą - mało rozumieją, do czego też żeśmy przyzwyczajeni. Zapatrzeni są w siebie. Bo i w ich doskonale - wydawałoby się - skonstruowanej gospodarce też wątków tragikomicznych nie brakuje. Z naszym czasem niepoślednim udziałem. Na początek popis dali - któżby inny? - Francuzi, wymyśliwszy pierwej polskiego hydraulika. Piszę wymyśliwszy, bo założę się, że żaden Francuz, albo prawie żaden, polskiego hydraulika na oczy nie widział. Myśmy też trochę o nim zapomnieli, wyjąwszy Kobuszewskiego w parze z Gołasem. A tymczasem Francuzi z właściwym sobie refleksem odkryli jego istnienie. Już widzę, jak ropuchy w restauracjach pękają ze śmiechu.
Dobrobyt ma to do siebie, że rozleniwia. Intelektualnie także. Chyba tylko tak można wytłumaczyć metafory z takim czy innym polskim straszakiem gospodarczym w roli głównej.
Zamiast nowego Kanta mamy więc teraz rozkwitającą filozofię Kalego. Jak myśmy drzewiej szeroko otworzyli granice na unijny eksport - było dobrze. Jak sprzedajemy trochę więcej na rynkach naszej wspólnej już Unii, jest źle. Jak myśmy wpuścili bez zastrzeżeń obcy kapitał, do wszystkich firm i całej gospodarki, było cacy. Jak obce firmy same do nas przychodzą i u nas szukają lepszych warunków - jest be, choć przenoszenie przez nie miejsc pracy to oczywista bzdura. Jak my prywatyzujemy i liberalizujemy co się da i co potrzeba, a nawet jak nie potrzeba - jest w porządku, jak innych do tego zachęcamy (dyrektywa o usługach) - nikt nas nie chce słuchać.
Rzecz jest zaraźliwa, a więc poważna. Epidemia niebezpiecznie rozpowszechnia się już w Niemczech. I nie chodzi tu nawet o odwieczne prześladowanie polskich firm budowlanych, czy utrudnienia dla piekarzy. Ani nawet o lustrowanie pracowników sezonowych. Teraz polski rzeźnik sieje spustoszenie w umysłach rozsądnych skądinąd sąsiadów. W takiej atmosferze nie dziwi nawet awantura, jaką rozpętała holenderska nauczycielka, twierdząc, że wprawdzie nic nie rozumiała z tego, co mówili o jej podopiecznych polscy celnicy, ale jest pewna, że mówili źle. No bo czego można się po nich spodziewać? Tego samego co po rzeźnikach i hydraulikach... I, jak się okazuje, nie tylko po nich. Niemieckie ministerstwo gospodarki chce wypłacać dotacje dla mieszkańców nadgranicznych landów, które mają ich zachęcić do tankowania u siebie w domu. Bo inaczej miejscowe stacje benzynowe popadają. A nasze, nie daj Boże, rozkwitną. Jest jeszcze jeden argument: paliwowe podróże powodują zanieczyszczenie środowiska. Polscy "nafciarze" gorsi od dwutlenku węgla? No, z tego to by się chyba nawet francuska żaba uśmiała.