Program obecnego szczytu Unii przyjęto przed kilkoma miesiącami. Zanim Francuzi i Holendrzy odrzucili w referendach projekt traktatu konstytucyjnego. Wtedy postanowiono, że właśnie teraz przywódcy zdecydują o kształcie unijnego budżetu. Tymczasem jest prawie pewne, że im się to nie uda.
Wpadka z traktatem osłabiła politycznie Francję i Holandię, ale wygląda na to, że paradoksalnie usztywniła ich stanowisko wobec przyszłego budżetu. Francja stanowczo żąda zniesienia brytyjskiego rabatu i nie zgadza się na jakiekolwiek redukcje wypłat dla rolników ze "starej" Unii. Tony Blair zdecydowanie odrzuca wszelką dyskusję na temat rabatu, a więc o zwiększeniu brytyjskiej składki, dopóki nie zostaną zmniejszone nakłady na rolnictwo, których beneficjentem jest właśnie Francja. I tego sporu teraz chyba nie uda się rozwiązać.
Na kilka godzin przez rozpoczęciem szczytu holenderski minister do spraw europejskich Atzo Nicolai powiedział, że najnowsza propozycja Luksemburga jest "absolutnie nie do przyjęcia". Premier Balkenende przypomniał, że Holandia jest największym płatnikiem netto do unijnego budżetu i domaga się zmiany tej sytuacji.
Kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder zasygnalizował wczoraj gotowość do kompromisu, a najnowsze propozycje Luksemburga uznał za "całkiem rozsądne", chociaż niewystarczające. Niemcy też domagają się od Brytyjczyków ustępstw w sprawie rabatu.
Jeśli teraz europejscy przywódcy nie zdołają przyjąć założeń przyszłego budżetu, to prawdopodobnie spotkają się za kilka dni już po raz ostatni w tej kadencji pod przewodnictwem premiera Luksemburga. Doświadczenie negocjacyjne Junckera i jego niezaangażowanie w sprawy budżetowe jest jedyną szansą na kompromis. Od lipca pracami Unii będzie kierować Wielka Brytania, broniąca jak lew rabatu.