Kilka dni temu poznaliśmy wstępne założenia (szacunki, przybliżenia, pobożne życzenia - niepotrzebne skreślić) dotyczące budżetu na 2006 rok. Najbardziej medialna wielkość, czyli deficyt budżetowy, ma zawierać się w przedziale 28-34 mld złotych. Jak widać, przedział dość szeroki i trudno na jego podstawie jednoznacznie ocenić przygotowywany projekt.
Jeszcze parę tygodni temu minister finansów, jak również jego szef, a więc premier rządu, mówili, że dziura w budżecie nie przekroczy 30 mld złotych. Wyglądało to nieźle, teraz jednak sytuacja ulega zmianie. Być może w kierunku 30 mld rzeczywiście będziemy szli, niemniej jednak sam fakt wprowadzenia na tym etapie prac tak szerokiego przedziału, w dodatku z takim górnym poziomem widełek, nie może nastrajać optymistycznie. Jakby tego było mało, z ust ministra w odniesieniu do budżetu padło słowo "trudny". Nie ma w tym sformułowaniu przesady. Przyszłoroczny budżet rzeczywiście jest trudny i to przynajmniej z trzech powodów.
Po pierwsze, wzrost gospodarczy może być niższy, niż jeszcze pół roku temu sądzono. Co prawda trudno uwierzyć w to, że PKB wzrósł w pierwszym kwartale tego roku tylko o 2,1%, jak informuje GUS, ale z odczuwalnym spowolnieniem mamy z pewnością do czynienia. Przyszły rok także nie musi być rokiem szybkiego wzrostu. Tym bardziej, że poważnych progospodarczych zmian raczej nie widać. I możemy ich nie zobaczyć, bo nowy rząd i nowy parlament nawet gdyby chciały coś zrobić w roku 2005, to będą miały bardzo mało czasu.
Po drugie, kwestia reform. Nie tylko progospodarczych (które mogą zwiększyć, jeśli nie od razu, to w pewnej perspektywie dochody budżetowe), ale także, a może przede wszystkim, wydatków państwa. Powiedzmy sobie jasno: pod tym względem leżymy, a wszelkie wypowiedzi sugerujące, że wiele się dzieje, możemy wsadzić między bajki. I to niezbyt lotne, bo nawet dzieci pewnego poziomu abstrakcji przekraczać nie mają ochoty. Pół biedy, gdyby brak reform oznaczał status quo. A więc poprawy nie ma, ale jednocześnie nie ma pogorszenia sytuacji. Niestety, jest inaczej: problemy się nawarstwiają, jest coraz trudniej.
Po trzecie wreszcie, kwestia podatków. Nie trzeba być noblistą, żeby stwierdzić, że spadek deficytu w 2005 roku zawdzięczamy przede wszystkim podwyższeniu różnego rodzaju podatków. Problem w tym, że nie bardzo można ten sam manewr zastosować jeszcze raz. To znaczy można, ale wytrzymałość społeczna i tak jest już na granicy. A po co wkurzać społeczeństwo, skoro wybory tuż-tuż. I tu dygresja. Prezentacja wstępnych założeń do budżetu na 2006 rok zbiegła się w czasie z ogłoszeniem wycofania się z pomysłu podwyższenia akcyzy na olej opałowy i gaz. I bardzo dobrze! Powtarzam jeszcze raz: jestem za zrównaniem akcyzy na olej napędowy i opałowy, ale dlaczego ma to być równoznaczne z kolejnym drenażem kieszeni, i to niekoniecznie najbogatszych?! Przecież równać można także w dół. Poza tym okazało się, że podnoszony przez niektórych argument, jakoby Unia Europejska zmuszała nas do podwyższenia akcyzy okazał się z księżyca wzięty. Po raz kolejny zresztą.