"Regulowanie rynku funduszy hedgingowych nie jest ani konieczne, ani nikomu potrzebne. Sumy, którymi zarządzają te podmioty, są małe w porównaniu z aktywami należącymi do innych dużych inwestorów instytucjonalnych" - napisali eksperci banku centralnego Szwajcarii w corocznym raporcie oceniającym światowy sektor finansowy.
Ich zdaniem, na tym etapie rozwoju branży funduszy hedgingowych żadne regulacje nie są jej potrzebne. Podkreślają jednak, że należy dokładnie monitorować powiązania tych podmiotów z bankami i innymi instytucjami finansowymi.
Rynek funduszy hedgingowych, czyli instytucji, które zawierają transakcje zabezpieczające na rynkach finansowych, rósł bardzo szybko w ostatniej dekadzie. Teraz jego wartość szacuje się na 1 bln USD, podczas gdy jeszcze w 1990 r. był wart 38 mld USD. Na koniec ub.r. na świecie było zarejestrowanych 7436 takich funduszy, wobec 1945 dziesięć lat wcześniej.
Niepokój o możliwy globalny kryzys finansowy wywołany przez fundusze hedgingowe (taki scenariusz mógł wystąpić już w 1998 r., gdy na skraju bankructwa stanął największy ówczesny fundusz LTCM) wzrósł przed kilkoma tygodniami, kiedy agencje ratingowe obniżyły do poziomu śmieciowego ocenę kredytową dwóch motoryzacyjnych gigantów - General Motors i Forda. To zachwiało rynkiem derywatów, na którym operują te fundusze.
Bank Szwajcarii jednak uspokaja, że na razie fundusze są za małe, by zachwiać globalnym rynkiem. W ub.r. te podmioty odpowiadały za około jednej ósmej dochodów sektora bankowości inwestycyjnej na całym świecie - wynika z raportu, który opublikował CS First Boston. Poza tym fundusze hedgingowe nie działają ani na rynku kredytowym, ani depozytowym - podkreślają eksperci szwajcarskiego banku centralnego.