Rynek kapitałowy w Polsce czeka na nową ustawę o ofercie publicznej i warunkach wprowadzania instrumentów finansowych do zorganizowanego systemu obrotu oraz o spółkach publicznych. W wielu publikacjach zwraca się uwagę, że właśnie następuje przełom i uporządkowanie pewnych spraw oraz wprowadzenie nowych pojęć. Jednym z takich pojęć jest definicja inwestora kwalifikowanego.
To, co zaproponowano, to hybryda rozwiązań z rynków zachodnich. Niestety, podobnie jak wielokrotnie w przeszłości, nie jest to piękny kwiat nieznanego dotychczas gatunku, tylko raczej potwór, który nie wiadomo czemu ma służyć.
W krajach zachodnich inwestorem kwalifikowanym (poza instytucjami) mogą być zamożne osoby prywatne. Osoby te mogą nabywać udziały w różnych ryzykownych przedsięwzięciach, na przykład funduszach hedge. Zasadę tę wprowadza się z założeniem, że zasobny inwestor rozumie i akceptuje pewne rodzaje ryzyka. W USA inwestor akredytowany to taki, którego albo roczny dochód w dwóch ostatnich latach przekraczał 200 tys. USD (lub 300 tys. USD łącznie ze współmałżonkiem) lub którego aktywa netto wynoszą minimum 1 milion dolarów.
W Polsce podążono innym tropem uznając, że mianem inwestora można nazwać wyłącznie tych, którzy związani są dość ściśle z rynkiem finansowym. Nie ma szans na wejście do tego nowego grona osoba, która na przykład zajmowała się obrotem nieruchomościami i dysponuje milionowym majątkiem. Dlaczego? Przyjrzyjmy się konstrukcji ustawy. Aby zostać inwestorem kwalifikowanym, należy spełnić dwa z trzech warunków. Pierwszy mówi, że należy w okresie 12 miesięcy zawrzeć co najmniej dziesięć transakcji papierami wartościowymi w obrocie zorganizowanym, każda o wartości 50 tysięcy euro. Czyli, wszyscy, którzy dokonują znacznych transakcji, ale nie w obrocie zorganizowanym, mogą zapomnieć o spełnieniu tego warunku. Zostały jeszcze dwa. Kolejny mówi, że wartość portfela papierów wartościowych potencjalnego inwestora wynosi minimum 500 tys. euro. Brawa dla pomysłodawcy. Można mieć gotówki dziesięć milionów, udziałów w spółkach z o.o. (nie są papierami wartościowymi) na kolejne setki oraz nieruchomości o znacznej wartości i niestety nie spełniać tego prostego warunku. Nie mogę zrozumieć, skąd wzięła się stawka 500 tys. euro. Czy twórcy naszego prawa uważają nas za aż takie zamożne społeczeństwo. Generalnie w Europie wprowadzono ograniczenia minimalnej inwestycji - we Francji jest to np. 10 tys. euro, w Irlandii 12,5 tys., ale we Włoszech 500 tys.
Został więc warunek trzeci - osoba taka pracowała w sektorze finansowym przez co najmniej rok na stanowisku wymagającym wiedzy z zakresu inwestycji w papiery wartościowe. Zapis ten jest tak absurdalny, że nie wiadomo nawet, jak go skomentować. Po raz kolejny pokazuje, że twórcy prawa papierów wartościowych w Polsce rynek finansowy pojmują w dość ograniczony sposób - jest to rynek papierów wartościowych. Jeśli więc ktoś pracował w banku na bardzo wysokim stanowisku, niestety zajmował się wyrafinowanymi produktami bankowymi, nie będącymi papierami wartościowymi, choć wymagającymi znacznie większej wiedzy z dziedziny ryzyka, może uznać się za finansowego idiotę.