Wnioski były dwa. Jeden, autorstwa posłów LPR i Samoobrony, dotyczył zaangażowania ministra finansów w sprawę wprowadzenia euro w naszym kraju. Drugi, przygotowany przez PiS i PSL, był efektem planów podwyższenia akcyzy na olej opałowy. Wprawdzie z tej podwyżki resort się w końcu wycofał, ale opozycja postanowiła spróbować odwołać ministra finansów.

Mirosławowi Gronickiemu dostało się za złe prognozy i umacnianie się złotego (Marek Sawicki z PSL), za dług publiczny, nadmierny fiskalizm i budżet 2005 roku (Zbigniew Chlebowski, PO), za FUS i złą sytuację finansów publicznych (Wojciech Jasiński, PiS) oraz za krótkowzroczność i zamiar rezygnacji z suwerenności monetarnej (Gabriela Masłowska, LPR). Posłom nie był dłużny premier Marek Belka, który próbę odwołania ministra finansów na trzy miesiące przed wyborami nazwał "kuriozalną". Jego zdaniem, cała historia świadczy o tym, że weszliśmy w przedwyborczą gorączkę. Zdaniem premiera odwołanie M. Gronickiego zdestabilizowałoby i prace nad budżetem, i odbiłoby się niekorzystnie na rynkach finansowych. Z kolei Mirosław Gronicki bronił się, twierdząc, że Ministerstwu Finansów pod jego kierownictwem udało się ograniczyć potrzeby pożyczkowe i zmniejszyć dług publiczny.

Ponieważ za ministrem opowiedziały się SLD i SdPl, nie udało się opozycji doprowadzić do odwołania Mirosława Gronickiego. Jednak w obu głosowaniach większość mieli jego przeciwnicy - w pierwszym za wnioskiem LPR i Samoobrony opowiedziało się 205 posłów, przeciw 180, a w drugim za odwołaniem było 208, przeciw 187. Do odwołania ministra finansów trzeba było 231 głosów.

Po głosowaniu Mirosław Gronicki zapowiedział powrót do prac nad budżetem.

PAP