Po poniedziałkowych rekordach, kiedy w Londynie cena baryłki ropy przekroczyła poziom 59 USD, a w Nowym Jorku 60 USD, do wczorajszego popołudnia surowiec ten staniał na IPE prawie o 3 USD, tj. 5%. Już we wtorek analitycy spodziewali się wzrostu zapasów olejów w amerykańskich rafineriach, a wczoraj Departament Energetyki potwierdził te prognozy. Poza tym okazało się, że rafinerie zwiększyły w ciągu tygodnia swoje, moce produkcyjne o 1 pkt proc. do 95,8% i w rezultacie wzrosły w nich też zapasy benzyny o 301 tys. baryłek baryłek. Mimo zwiększonego przerobu wzrosły również o 1,1 mln baryłek zapasy surowej ropy w USA. Analitycy spodziewali się ich spadku o 1,38 mln baryłek. Ta druga informacja potwierdza opinię, że ropy na światowym rynku nie brakuje.

Ze względu jednak na ograniczone możliwości wzrostu wydobycia i przerobu ropy sytuacja na rynku paliwowym wciąż jest napięta i na wyraźny spadek cen można liczyć dopiero wtedy, gdy uczestnicy tego rynku przekonają się, że droga ropa zaczęła już w istotny sposób utrudniać wzrost gospodarczy. Amerykański sekretarz skarbu John Snow uważa, że w skali światowej już go spowalnia o 0,5 pkt proc., a w USA o kilka dziesiętnych. Od końca 2003 r. cena ropy wzrosła już o 78%.

Na Międzynarodowej Giełdzie Paliwowej w Londynie baryłka ropy Brent z dostawą w październiku kosztowała wczoraj po południu 56,40 USD w porównaniu z 57,18 USD na wtorkowym zamknięciu i 56,58 USD przed tygodniem.