Nowe czasy wymagają nowych gier (i gierek). Jedną z takich nowości są gry RPG (Role Playing Games). Polega to z grubsza na tym, że grupa ludzi wciela się w role np. rycerzy i odgrywa scenariusz, ułożony przez mistrza gry. Zabawa podobno jest przednia, a ludzie bardzo mocno potrafią się zżyć z przydzielonymi postaciami. Nic dziwnego, w końcu jedna taka partyjka może trwać wiele godzin. A także - jak się okazuje - wiele lat. Bo czytając ostatnio relację z sejmowych sporów o płace minimalne, miałem wrażenie, że co poniektórzy zbyt mocno się wczuli w swoje role. Rzecz dotyczyła tego, czy podwyższać płace minimalne czy nie. Przeciw były PO i rząd. Ci ostatni argumentowali, że wzrost płac minimalnych uderza w najmłodszych na rynku pracy. Rzecz niby prosta, bo jak trzeba komuś zapłacić więcej, to lepiej mieć na posadzie osobę bardziej wykwalifikowaną i do zawodu przyuczoną, a nie młokosa, który jeszcze coś zepsuje.
Reszta była za, bo posłowie doskonale wiedzą, że młodzi nie głosują. Za to robią to związkowcy, kombatanci, emeryci i renciści, których co i rusz trzeba jakoś uhonorować. Więc gotowi są podwyższyć płace minimalne, tak samo jak wcześniej byli gotowi załatwić górnikom kosztowny system emerytalny, a rolnikom dopłaty z budżetu.
Fascynujące w tej debacie było to, że nie było w nich żadnych argumentów. Ot, wystarczy popatrzeć w statystyki, żeby się zorientować, że system płac minimalnych nie chroni ani przed wyzyskiem (zawsze można zatrudnić na czarno albo zmusić do pracy po godzinach), ani nie powoduje obniżenia bezrobocia. Gdyby tak było, każde państwo demokratyczne (a i spora część niedemokratycznych również) miałoby u siebie wyśrubowane wysoko płace minimalne.
Ale jeszcze bardziej fascynujące od braku argumentów w całej debacie było to, jak mocno niektórzy posłowie wcielili się w role. Ot, poseł PiS, który nakazywał słuchać nie tylko profesorów, ale także i nauki płynącej z życia, stwierdził, że należy zrobić wszystko, aby zmniejszyć ubóstwo wśród ludzi pracujących. Sądzę, że grał, bo wszystkiego wcale nie zrobił. Inny poseł, z LPR, twierdził, że 600 zł to nieludzka pensja. A jaka jest ludzka? Taka jak ta w Sejmie, na dodatek bez podatku, co sobie posłowie (zgodnie) wywalczyli?
Jednak w umiejętności zagrania roli wszystkich pobiła Anna Bańkowska (kiedyś SLD, teraz SdPl). - Syty głodnego nigdy nie zrozumie - powiedziała. Zagrała to tak pięknie, że od razu wiadomo, iż ona nie jest syta, jest głodna i innych głodnych zrozumie. Dopiero po chwili człowiek się zastanawiał, czegóż ona to jest głodna? Bo przeputała wszystkie pieniądze, jakie co miesiąc dostaje z Sejmu jako wynagrodzenie plus wydatki na biuro? A może przez 8 lat swojej pracy w parlamencie niczego nie odłożyła? Tak samo, jak nie odłożyła, gdy szefowała ZUS-owi? A może jest głodna podpisywania większej liczby kontraktów, takich jak np. ten ZUS-u z Prokomem, który już w tej chwili kosztuje dwa razy więcej, niż pierwotnie planowano? A może pani poseł jest głodna sukcesów? W końcu jej byłe ugrupowanie przez trzy lata rządziło, obecna partia wspiera inny rząd - i jakoś owych głodnych nie ubyło. Ale - jak już mówiłem - to RPG, gra w świecie fantazji, bo przecież głodnych ubyć nie mogło. Gdyby ich nie było albo było mało, skończyłaby się rozpisana dla Bańkowskiej rola przedstawicielki głodnych. Skończyłoby się wcielanie w rolę posłanki, a więc także i diety. I kto wie - może wtedy głód naprawdę zajrzałby jej w oczy.