Według magazynu "The Economist", całkowita wartość nieruchomości mieszkalnych w krajach rozwiniętych wzrosła przez ostatnich pięć lat do 70 bln USD, czyli o ponad 30 bln USD. Taki wzrost odpowiada mniej więcej rocznemu PKB w tych państwach. Jest zdecydowanie większy niż w przypadku internetowej hossy z końca lat 90. na rynkach akcji (przez pięć lat rynki krajów rozwiniętych urosły o kwotę odpowiadającą 80% ich PKB) czy pamiętnej amerykańskiej hossy lat 20. (pięcioletnia zwyżka cen odpowiadała 55% ówczesnego PKB Stanów Zjednoczonych). Porównując te liczby, "The Economist" alarmuje, że możemy mieć do czynienia z największym bąblem spekulacyjnym w historii, który na dodatek wciąż jeszcze się napełnia.
Drogo
jak świat długi i szeroki
Z wiodących gospodarek wspomniany boom nie dotyczy praktycznie tylko Niemiec i Japonii. Poza tym ceny nieruchomości rosną jak świat długi i szeroki. O ponad 9% rocznie drożeją domy i mieszkania m.in. w Irlandii, Hiszpanii, Francji, Włoszech, Belgii i Szwecji. W USA tempo sięgnęło w pierwszym kwartale tego roku 12,5%, przy czym w niektórych stanach (m.in. na Florydzie, w Kalifornii i Newadzie) przekraczało nawet 20%. Ceny nieruchomości szybują w górę również w Chinach, których gospodarka od kilku lat niczym ekspres sunie w szybkim tempie do przodu, a także w innych krajach azjatyckich.
Jeszcze rok temu 20-proc. tempo wzrostu cen domów notowano w Australii i Wielkiej Brytanii. To dwa bardzo jaskrawe przykłady, jak szybko koniunktura może spaść. Statystyki podają, że licząc rok do roku w pierwszym kwartale ceny nieruchomości w Australii wzrosły już tylko o 0,4%, natomiast w Wielkiej Brytanii w maju wzrost wyniósł 5,5%. Biorąc pod uwagę indeks obliczany przez Commonwealth Bank of Australia, średnie ceny domów w ojczyźnie Aborygenów w istocie nawet spadły od 2003 r. o 7%, a w jeszcze niedawno szalenie popularnym Sydney aż o 16%.