Przyczyny, to strach przed kolejnymi zamachami. Tym większy, że 7 lipca zaatakowali rodzimi terroryści. Słuszna jest też obawa o utrudnienia w funkcjonowaniu metra i autobusów. Tylko w kolejce podziemnej w tym czasie ogłoszono ponad 50 alarmów, wstrzymano ruch i ewakuowano pasażerów.
Niektórzy odkurzyli stare rowery i teraz jeżdżą nimi do pracy po 10 kilometrów lub więcej, bo Londyn jest rozległym miastem. Są też tacy, którzy kupili rowery tydzień temu, żeby mieć czym wrócić do domu. I tak już zostało. Przynajmniej na razie.
Urząd nadzorujący komunikację miejską, Transport for London, obliczył, że od maja 2000 r. do maja br. liczba rowerzystów wyjeżdżających co tydzień na ulice brytyjskiej stolicy wzrosła o... 67%. W sumie rowerzystów jest tam już 650 tys., z czego ok. 100 tys. codziennie dojeżdża do pracy. Władze miejskie zamierzają w związku z tym aż trzykrotnie wydłużyć ścieżki rowerowe. W 2010 r. ma ich być 950 km. Potrzebne też będą inne inwestycje. Od poniedziałku brakuje w centrum miejsc przeznaczonych do parkowania rowerów i londyńczycy przyczepiają je łańcuchami do latarni.
Ruch samochodowy zmniejszył się w centrum Londynu o 18% po wprowadzeniu w lutym 2003 r. 5-funtowych opłat za wjazd do City. Od 4 lipca burmistrz podniósł opłaty o 60%, do 8 funtów i zamierza rozszerzyć strefę ich pobierania m.in. na Kensington i Chelsea. To też, przynajmniej niektórych, skłania do korzystania z rowerów.
Wielu nie ukrywa też niezadowolenia ze stanu miejskiej komunikacji, zwłaszcza teraz. Autobusy często spóźniają się, a w lecie jest w nich za gorąco i zbyt tłoczno. Ostatnio o unikaniu autobusów i metra przesądził jednak przede wszystkim strach.