Do 30 listopada operatorzy mają czas na składanie ofert w konkursie na świadczenie usług powszechnych (to zestaw prostych usług telekomunikacyjnych, które muszą być świadczone na terenie całego kraju, niezależnie od faktycznych kosztów prowadzenia łącz). Do tej pory obowiązek "podłączenia" każdego, kto tylko sobie tego zażyczy, miała tylko Telekomunikacja Polska (nie zawsze zresztą z niego się wywiązywała).

Jak już pisaliśmy, URTiP - zgodnie z nowym prawem telekomunikacyjnym - musi sprawdzić, czy dostarczaniem tzw. usług powszechnych nie byłaby zainteresowana inna firma. Dlatego też ogłosił wczoraj konkurs na dostawców dla każdej z 49 stref numeracyjnych (zgłaszający się mogą prosić o więcej niż jeden obszar). Zwycięzca może zyskać zwrot części nakładów na infrastrukturę, jeżeli udowodni, że dociągnięcie sieci do klienta jest nierentowne. Środki na to będą pochodzić z tzw. Funduszu Usługi Powszechnej. Złożą się nań wszyscy więksi (przychody powyżej 4 mln zł) uczestnicy rynku - oddając do 1% swoich przychodów.

Operatorzy sceptycznie wypowiadają się o konkursie. - Podłączenie każdego mieszkańca danej strefy może być bardzo trudne - tym bardziej, że specyfikacja usługi stanowi, że mamy na to tylko 180 dni. Obietnica zwrotu kosztów nie jest też do końca klarowna. Myślę, że będziemy się koncentrować raczej na innych sferach działalności - mówi Eugeniusz Gaca, dyrektor ds. korporacyjnych Netii.

Regulator oceni zgłoszenia m.in. pod kątem wskaźnika zwrotu zaangażowanego kapitału (WACC). Pokazuje on, jak "drogo" inwestuje dana firma. Aby konkurs miał sens, oferenci powinni przedstawić WACC niższy niż wskaźnik obliczony dla TP (11,46%). Jeżeli żaden chętny się nie zgłosi, do świadczenia usługi powszechnej zostanie wybrana TP.