Od początku tygodnia WIG20 kręci się wokół piątkowego zam-knięcia (2328,01 pkt). Rynek dość chaotycznie buja się w rytm zachodnich parkietów, ale bez zagranicznych funduszy indeksy nie mogą znaleźć wyraźnego kierunku. Tak na razie pozostanie, mimo że wyprzedaż z ostatniej godziny notowań wyglądała trochę niebezpiecznie. Do tego poprzedziła ją zauważalna zmiana nastrojów na rynku terminowym, gdzie baza spadła do wartości jednocyfrowych, czego nie oglądaliśmy od połowy lipca.

Osuwanie indeksu zainicjował PKN, który na spadające ceny ropy zareagował dopiero po pogrożeniu palcem przez agencję ratingową Fitch (przejęcie tureckiego Tuprasu może stanowić "problem kredytowy"), co przestraszyło zagranicznych inwestorów. To tradycyjny obrazek na naszym rynku, gdy wszystkie informacje są ignorowane przez największe fundusze, a wystarczy jeden raport lub rekomendacja, która trafia na biurka globalnych graczy i natychmiast powoduje to odruch stadny.

Patrząc na wykresy widać wyraźnie, że wczorajsze słabe zachowanie rynku absolutnie nic nie zmienia i było tylko niewinną korektą. To przedłużająca się bierność zagranicznych funduszy sprowokowała realizację zysków. O tym, ile czasu takie przeciąganie liny potrwa przed rozpoczęciem trwalszego ruchu, zadecydują już amerykańskie obligacje. Wzrost rentowności rynkom wschodzącym nie służy, a ich spadek wprost przeciwnie. Choćby wczorajsze zachowanie GPW przekonuje, że notowania tego instrumentu stały się dla rynków wschodzących czynnikiem ważniejszym niż nawet zachowanie amerykańskich indeksów. We wtorek rentowność wzrosła i nikt nie chciał naśladować zwyżki na amerykańskich parkietach. A co z tym zamknięciem na WIG20? Przecież każdy wie, o co chodzi. Warren Buffet czy Adam Smith tego by nie wyjaśnił, ale Darwin bez problemu.