Na taki wynik wyborów rynek zareagował spadkami. Najbardziej widoczne były zaraz po otwarciu notowań. Indeks DAX 30 stracił aż 2,3%, najwięcej od kwietnia. Po południu zniżkował już mniej niż 1%. Rentowność 10-letnich obligacji rządowych spadła o 0,03 pkt proc., do 3,11%, a więc w pobliże minimum osiągniętego na początku września na poziomie 3,04%. Niemcy są największą europejską gospodarką i taki wynik wyborów nie mógł nie wpłynąć na kurs euro. Na początku dnia w Londynie za wspólną walutę płacono 1,21 USD, najmniej od siedmiu tygodni. Po południu kurs wzrósł do 1,2132, ale nadal było to o 1 centa, 0,9%, mniej niż na piątkowym zamknięciu.

Remisowa sytuacja w parlamencie powoduje, że nie wiadomo, kto utworzy nowy niemiecki rząd ani nawet kiedy. A niepewność jest tą cechą sceny politycznej, której rynek nie lubi najbardziej. Zwłaszcza kiedy dotyczy losu reform gospodarczych.

Inwestorzy w minionych kilku miesiącach wykazali, że na reformy bardzo liczą. Indeks DAX wyraźnie zyskał po decyzji Bundestagu o rozpisaniu wyborów. Jeszcze przed dwoma tygodniami sondaże wskazywały na wyraźne zwycięstwo chadecji. To sprzyjało kursom akcji, bo Angela Merkel zapowiadała redukcję podatków dochodowych i korporacyjnych i liberalizację rynku pracy, co miało doprowadzić do zmniejszenia olbrzymiego bezrobocia. Analitycy zarówno krajowi, jak i zagraniczni są niemal zupełnie zgodni co do tego, że bez takich zmian niemiecka gospodarka nie zdoła wyrwać się z zastoju trwającego już 7 lat.

Po pierwszym szoku inwestorzy oczywiście przypomnieli sobie, że najnowsze raporty makroekonomiczne wskazują na pewne ożywienie niemieckiej gospodarki. Wzrosły zamówienia w fabrykach, produkcja przemysłowa i eksport. Wyszli więc z założenia, że wprawdzie klimat gospodarczy znacząco się nie poprawi, ale też nie stało się nic strasznego. Marazm to jeszcze nie katastrofa, zwłaszcza na tak wysokim poziomie rozwoju. Z biegiem dnia straty DAX były coraz mniejsze.

Bloomberg