W poniedziałek otwarto szampany. Był również tort ze stosownym napisem, wzajemne gratulacje i wspomnienia. W podniosłej atmosferze warszawska giełda świętowała ustanowienie przez indeks WIG20 rekordu wszech czasów. Trochę długo przyszło na niego czekać, ale w końcu poprzedni szczyt zanotowany w apogeum hossy internetowej wytworzył się w nieco innych okolicznościach, więc nie ma co narzekać i przypominać, że WIG swoje historyczne rekordy bił niemal codziennie od dłuższego już czasu.

Dalej było jak zwykle: media wydarzenie odnotowały, a następnego dnia inwestorzy z pełnym optymizmem przystąpili do zakupów. Trwało to krótką chwilę, w tym czasie WIG20 osiągnął poziom 2551 punktów, by za moment stracić prawie 3,5%. Mimo późniejszych prób strat tych nie udało się odrobić. Po raz kolejny taki medialny entuzjazm okazał się niezawodnym sygnałem sprzedaży, potwierdzonym zresztą na wczorajszej sesji. Spadki nie były może głębokie, ale wyraźnie wskazujące, że WIG20 mocne wsparcie znajdzie dopiero w okolicach 2400 pkt. Cały rynek był dość nerwowy, a gracze rozdarci między świadomością oczywistej potrzeby korekty, a wspomnieniem ilości środków zaangażowanych w trakcie ostatniego wzrostu. Wczorajsze obroty były przyzwoite, choć w porównaniu z dwiema poprzednimi sesjami - znacznie skromniejsze. Wydaje się oczywiste, że "byki" tanio skóry nie sprzedadzą, co sprawi, że najbliższe sesje będą bardzo interesujące. "Niedźwiedzie" dodatkowo znalazły sprzymierzeńców w postaci sondaży przedwyborczych pokazujących, że PiS wyprzedził w wyścigu do parlamentu PO, odbieraną jako bardziej reformatorską. Zaniepokojenie udzieliło się również rynkowi walutowemu oraz długu. W tej atmosferze doniesienia o kolejnym huraganie w Zatoce Meksykańskiej zostaną zapewne zignorowane, przynajmniej do czasu, gdy ceny ropy nie ustanowią nowego maksimum. W tej chwili wygląda na to, że po korekcie nasz rynek przynajmniej spróbuje zaatakować ostatnie szczyty, ale czy to zrobi i w jakim stylu, zależeć będzie od ostatecznego wyniku wyborów.