Reklama

Przede wszystkim zatrudnienie

PiS ma program gospodarczy. Pewnie dlatego przedstawiciele tej partii nie wzbraniają się - w przeciwieństwie do PO - przed wypowiadaniem się na jego temat.

Publikacja: 23.09.2005 08:35

Plany gospodarcze PiS oparte są na dwóch założeniach - że uda się doprowadzić do wzrostu zatrudnienia i że koniunktura gospodarcza w kraju i za granicą będzie na tyle dobra, iż firmy nie będą się wzbraniać przed inwestowaniem i zatrudnianiem pracowników.

Liczą się nowe miejsca pracy

Najważniejszą częścią programu PiS są działania nastawione na wzrost liczby pracujących. Obecnie w Polsce pracuje mniej niż połowa osób w wieku produkcyjnym - reszta korzysta z rent i emerytur, różnego rodzaju zasiłków albo jest pozbawiona prawa do świadczeń społecznych z zasiłkami dla bezrobotnych włącznie. Aby temu zapobiec, PiS proponuje zwolnienie pracodawców z opłacania swojej części składek zus-owskich. Takie zwolnienie, trwające dwa lata, przysługiwałoby osobom zatrudniającym bezrobotnych i absolwentów. Jest haczyk - przedsiębiorca, który utworzył miejsce pracy korzystające z takiego zwolnienia, musi je utrzymać łącznie przez pięć lat. Może wprawdzie zwolnić jednego, a zatrudnić innego pracownika, ale jeśli zlikwiduje całe miejsce pracy, musi zapłacić swoją część składki emerytalno-rentowej za całe dwa lata. Faktycznie oznacza to konieczność tworzenia rezerw o charakterze zobowiązań pozabilansowych, lecz - według Cezarego Mecha, autora programu gospodarczego PiS - środki te poprawią płynność przedsiębiorstw. 5lat ma uniemożliwić sytuację, w której przedsiębiorcy wymieniają kolejnych pracowników co dwa lata, by zaoszczędzić na ich składkach.

Zachęty do zatrudniania na tym się nie kończą - poza zwolnieniami z danin na fundusze ZUS-owskie firmy posiadające osobowość prawną (czyli płacące CIT) korzystałyby z ulgi podatkowej w wysokości 1 tys. zł na każdego nowo zatrudnionego (ulga również na dwa lata). Koszt tej ulgi - według szacunków PiS - jest dość spory, bo ma spowodować 50-proc. redukcję efektywnej stawki CIT. Z innej ulgi mają korzystać przedsiębiorcy, rozliczający się według podatku od osób fizycznych, którym przysługiwałoby prawo do 100-proc. amortyzacji wydatków inwestycyjnych, z wyłączeniem nieruchomości i samochodów osobowych. Proponuje się także przedłużenie okresu rozliczania strat do siedmiu lat. - Praktycznie możliwa jest sytuacja, w której nie płaci się podatków, jeśli się zatrudnia nowych pracowników - mówi C. Mech.

Na wzrost zatrudnienia ma wpłynąć także inny czynnik - również związany z podatkami. PiS chce zmienić system podziału pieniędzy dla samorządów. Teraz wpływy z PIT trafiają do miejsca zamieszkania podatnika, bez względu na to, gdzie faktycznie jest on zatrudniony. W rezultacie - zdaniem Mecha - spora część samorządów nie próbuje aktywnie walczyć o wzrost liczby firm działających na ich terytorium. Faktycznie bardziej się opłaca bycie "sypialnią", gdyż daje to spore dochody bez problemów związanych z ekologią itd. Tymczasem PiS proponuje taki podział pieniędzy, aby większość pieniędzy z PIT trafiała do gmin, w których operują zatrudniające dane osoby firmy. Z jednej strony, ma to zwiększyć aktywność samorządowców do ściągania przedsiębiorstw, z drugiej, zatyka lukę w budżetach tych gmin, gdzie jest sporo firm, w sytuacji gdy dzięki ulgom związanym ze wzrostem zatrudnienia te ostatnie będą płacić mniej.

Reklama
Reklama

Zwiększeniu zatrudnienia mają służyć też inwestycje infrastrukturalne, zarówno duże, jak i małe, rozpoczynane przez samorządy. Ma w tym pomóc "wyjęcie" z limitu zadłużenia (samorządy nie mogą mieć długów w wysokości większej niż 60% dochodów) kredytów czy innych form długu, przeznaczonych na inwestycje.

- Co nie oznacza, że będzie można się zadłużać do woli, bo w przypadku kredytu bank i tak będzie sprawdzał wiarygodność kredytową i możliwość spłaty długów - zaznacza C. Mech.

Koszty, koszty, koszty

PiS nie kryje, że część zmian będzie oznaczać ubytek dochodów. Przede wszystkim spadną dochody z CIT, i to nawet o 50%. Nie wiadomo, jaki będzie wynik netto zmian w PIT. Założenie, że uda się zwiększyć zatrudnienie dzięki powyższym zmianom powoduje, że dochody z tego podatku w tej części powinny wzrosnąć. Budżet powinien zaoszczędzić na zasiłkach dla bezrobotnych i dotacji dla ZUS. Stanie się tak, jeśli przedsiębiorcy nie będą zwalniać dotychczasowych pracowników, aby w ich miejsce przyjąć nowych. Wówczas bowiem "starzy" będą generować dotychczasowe wpływy, a "nowi" dodatkowe, choć tylko w połowie. Ale zmiany w PIT na tym się nie kończą. PiS chce obniżki podatku od dochodów osobistych na dwa sposoby. Pierwszym z nich są ulgi prorodzinne, uzależnione od liczby dzieci w rodzinie. To, jak mają one dokładnie wyglądać, nie jest jasne. C. Mech dopuszczał nawet taką możliwość, że osoby o niskich dochodach, mające na utrzymaniu kilkoro dzieci, nie tylko nie zapłacą podatku, ale dodatkowo dostaną pewną kwotę z budżetu. Program zakłada, że ulgi będą wynosić od 50 do 400 zł miesięcznie na dziecko, w zależności od liczby dzieci w rodzinie. PiS zakłada generalną zmianę w PIT przez wprowadzenie dwóch stawek - w wysokości 18 i 32% najpierw, a potem - po ok. czterech latach - obniżeniu najwyższej stawki do 28%. Partia chce to jednak zrobić dopiero po osiągnięciu spodziewanych efektów z przeprowadzenia programów "Tanie państwo", "Po pierwsze zatrudnienie" oraz "Rodzina na swoim" Nie ma jeszcze jasności co do wysokości progów, który oddzieli te dwie stawki. Mówi się o 80-100 tys., a więc poziomie wyższym niż ten, który obecnie rozdziela najwyższe stawki (próg między płacącymi 30 a 40% wynosi nieco ponad 74 tys. zł). Łącznie te zmiany są szacowane na ok. 6 mld zł (mowa wyłącznie o zmianach w PIT). Do tego pojawiają się sygnały, że PiS jest gotowe zrezygnować z podatku od oszczędności (nie do końca wiadomo, czy tylko z lokat długoterminowych, czy też od wszystkich, z tymi inwestowanymi na GPW włącznie).

Kotwica, a nie równowaga

PiS nie kryje, że wzrost zatrudnienia jest głównym priorytetem. Dlatego też nie ma szans na zrównoważenie budżetu w najbliższych czterech latach. Jednak wielkość deficytu w stosunku do PKB ma maleć, a co za tym idzie - ma się obniżyć udział długu sektora finansów publicznych w PKB (teraz nieco ponad 50%). Tak ma się stać dzięki ustaleniu deficytu na stałym poziomie 30 mld zł przez cztery lata. Faktycznie, deficyt ma być nieco większy, bo PiS chce zmian zasad traktowania wydatków na OFE przez unijne biuro statystyczne. Obecnie mamy okres przejściowy, w którym transfery do OFE są stopniowo wyłączane z sektora finansów publicznych przez okres pięciu lat, po upływie którego całość tych transferów "wyjdzie poza sektor" finansów publicznych, co - zdaniem PiS - sztucznie zwiększa deficyt budżetowy.

Reklama
Reklama

PiS chciałby wpisania na stałe możliwości konsolidowania OFE z sektorem publicznym, co z jednej strony obniża wydatki o dotacje, a z drugiej - redukuje dług Polski o te papiery skarbowe, które są w posiadaniu funduszy, oraz pozwala na polepszenie całego bilansu finansów publicznych o zyski wypracowywane przez OFE.

Poza równowagą finansów publicznych, PiS chce także poświęcić sprawę wejścia do strefy euro. Nie jest jasne, czy rezygnacja z euro miałaby być tylko tymczasowa, ale zapewne nawet taka krótkoterminowa deklaracja pogorszyłaby i wyceny polskich obligacji, i doprowadziła do osłabienia złotego. I właśnie na ten efekt PiS liczy w nadziei, że pozwoli to na utrzymanie korzystnego dla polskich firm parytetu wymiany, co zapewni konkurencyjność polskim firmom.

Jednak ubytki w dochodach budżetu są na tyle spore, że nawet 30-mld (czy też 42-mld) deficyt może okazać się zbyt mały. Część ma przynieść zwiększona konsumpcja i dodatkowe dochody z VAT (w tym przypadku partia nie proponuje żadnych zmian). Ale PiS chciałby wprowadzić jeszcze jeden program, który generalnie, w długim terminie, będzie dla budżetu niekorzystny, ale w ciągu pierwszych trzech lat da dodatkowe miliardy złotych.

Budownictwo jak skarbonka

Temu ma służyć rozwój budownictwa. Państwo ma dopłacić do kredytów do takiej wysokości, aby mogły je zaciągać nawet nie najlepiej sytuowane rodziny. Planuje się wybudować kilka milionów mieszkań. Faktycznie - na początku wydatki na dopłaty do kredytów byłyby niewielkie. O wiele większe dochody budżet uzyskiwałby z VAT od materiałów budowlanych, sprzętu AGD i mebli, które konieczne są do wyposażenia nowych mieszkań, oraz podatków płaconych przez nowych pracowników, których musiałyby zatrudnić firmy budowlane. Potem wydatki budżetu byłyby większe (wraz z przyrostem liczby korzystających z tej formy pomocy kredytobiorców), za korzyści relatywnie mniejsze.

Do powodzenia tego programu konieczny jest czas - trzeba kupić i przygotować grunty, uzbroić je i zacząć budować, konieczne są banki gotowe udzielać dodatkowych kredytów, firmy, gotowe mieszkania wybudować, i klienci, którzy będą w stanie je kupić. Cały ten dodatkowy popyt musiałby być generowany przy stosunkowo stałych cenach mieszkań. Tymczasem w tej chwili deweloperzy narzekają na brak gruntów pod budowę i długotrwałe procedury uzyskiwania pozwoleń na budowę, dodatkowo opóźniane przez brak planów zagospodarowania przestrzennego.

Reklama
Reklama

- Jednym z rozwiązań tego problemu może być zdjęcie z samorządów ryzyka sankcji finansowych w razie zmiany planu - twierdzi C. Mech. - Obecnie jest tak, że zmiana planu może być powodem zaskarżenia samorządu o odszkodowanie z tytułu spadku wartości terenu.

Rozwój giełdy

Zmiany w PIT i CIT mają zwiększyć skłonność Polaków do zakładania firm. Tak samo jak skrócenie procedur związanych z założeniem firmy do trzech dni. Generalnie sprawę będzie można załatwić w jednym okienku, ale z rozpoczęciem działalności trzeba będzie trzy dni poczekać. PiS chciałby wspierać także rozwój akcji kredytowej, kierowanej do firm rozpoczynających działalność. Sposobemma być zmniejszenie podatku płaconego przez banki proporcjonalnie do tego, jaka część ich aktywów jest przeznaczona na pożyczki dla nowych przedsiębiorstw. Jeśli bank 10% aktywów przeznaczy na takie pożyczki, odpowiednio mniej zapłaci fiskusowi.

PiS chce wspomagać debiuty giełdowe przedsiębiorstw. Sposobem ma być rezygnacja z prywatyzacji GPW. Zamiast prywatyzacji, nastąpiłoby obniżenie kosztów debiutu oraz transakcyjnych, aby były one konkurencyjne wobec innych rynków. Do tego konieczne byłoby skrócenie terminów przygotowania debiutu giełdowego. W rezultacie debiut w Warszawie ma być szybki i tani.

Innym elementem wspierania giełdy ma być prywatyzacja. PiS nie wyklucza debiutów giełdowych, wręcz przeciwnie, zapowiada kontynuację prywatyzacji przez warszawski parkiet. Tyle, że zapowiada, iż Skarb Państwa zachowa całkowitą kontrolę nad kilkunastoma spółkami (np. BGK, LOT, górnictwo, sieci energetyczne, gazowe i kolejowe), w innych będzie miał większościowy udział (50% plus jedna akcja - w Lotosie, PKO BP, PZU, BOT, PSE i jeszcze ok. 15), a w pozostałych kilkudziesięciu - 25% plus jedna akcja. Faktycznie spora część firm nadal zostanie w rękach państwa i głównie urzędnicy będą mieli wpływ na ich rozwój. Trudno powiedzieć, co PiS chce sprywatyzować, aby uzyskać zapowiadane w programie od 7 do 10 mld zł w latach 2006-2009, z czego ok. 4-6 mld zł państwo ma uzyskać przez wprowadzenie firm na giełdę.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama