Wydarzeniem piątku był ponad 2-proc. spadek węgierskiego BUX. Na wykresie zbudowana została wysoka czarna świeca. Problem z tym bardzo wyraźnym ostrzeżeniem jest jednak taki, że nad poprzednią równie wysoką czarną świecą rynek przeszedł praktycznie do porządku dziennego. Jeszcze tylko dwa dni po jej zbudowaniu inwestorzy mieli wątpliwości, czy to nie początek większej przeceny. Później przystąpili do zakupów, które wyniosły BUX do najwyższego poziomu w historii. Czy tym razem równie chętnie wrócą na węgierski rynek, czy też będziemy świadkami przynajmniej podobnej korekty jak na początku roku, kiedy indeks obniżył się o 15% w ciągu dwóch miesięcy? Zanim w lutym 2005 roku zbudowany został wierzchołek wartość BUX zwiększyła się ponad 70% bez większej przeceny. Tym razem, od dołka z 13 maja, indeks zyskał 46%. Zagraniczni gracze konsekwentnie ignorowali w przeszłości gorsze dane z węgierskiej gospodarki (np. ujemną dynamikę produkcji). Czy tym razem przed powrotem na rynek nie powstrzyma ich utrzymujący się na wysokim poziomie (9% PKB) deficyt na rachunku bieżącym? Wydaje się, że w dalszym ciągu znajdujemy się na tym etapie hossy, w którym przyszłość rynków wschodzących zakodowana jest w niskich rynkowych stopach procentowych. Konsekwentne podnoszenie oprocentowania funduszy federalnych przez amerykański bank centralny na razie nie odcisnęło piętna na rynkach wschodzących.

Inwestorzy grający na emerging markets ignorują także negatywne sygnały płynące z wykresów najważniejszych amerykańskich indeksów. A przynajmniej niektóre z nich można uznać za dość alarmujące. Na przykład ten płynący z wykresu Nasdaq Composite, z które wynika, że trend średnioterminowy zmienił się na spadkowy. W środę indeks zamknął się na najniższym od ponad dwóch miesięcy poziomie i ani w czwartek, ani na początku notowań piątkowych nie wykazywał ochoty do zwyżki. Widoczna na wykresie formacja podwójnego szczytu wskazuje na prawdopodobną kontynuację spadków w najbliższym czasie.