Po zeszłotygodniowej przecenie inwestorzy wciąż dość niechętnie kupują akcje. A od wyników dzisiejszej (poniedziałek, ze względu na święto, trudno brać pod uwagę) sesji na rynku amerykańskim trochę zależy. Oto bowiem po wybiciu dołem z ponad dwumiesięcznej konsolidacji wykres S&P 500 znalazł się na poziomie linii trendu, biorącej początek jeszcze w sierpniu 2003 roku. Kiedy na przełomie kwietnia i maja wsparcie to było testowane, sygnał ze strony popytu był czytelny - po mocnym wzroście na wykresie indeksu zbudowane zostało podwójne dno. Tymczasem piątkowa zwyżka była dość niemrawa, a początek poniedziałkowych notowań wcale nie zapowiada jakiejś zdecydowanej poprawy. Bez względu na to, jak zakończy się ta bitwa popytu z podażą, otrzymać powinniśmy czytelny sygnał - albo realizujemy scenariusz spadkowy, wynikający z wybicia dołem z konsolidacji (z poziomem docelowym na 1140 pkt), albo po raz kolejny wracamy do 1240-1245 pkt. Ponieważ w tych okolicach znajduje się 62--proc. zniesienie internetowej bessy, kontynuacja długoterminowego trendu wzrostowego, który i tak jest już mocno osłabiony (od szczytu z marca 2004 roku do wierzchołka z września 2005 S&P 500 zyskał 7,2%), stanie pod znakiem zapytania.
Spojrzenie na przebieg notowań na rynkach nam nieco bliższych - węgierskim i czeskim - sugeruje, że korekta w Warszawie może się przedłużyć. Zarówno BUX, jak i PX50 znalazły się poniżej wzrostowych linii trendu, opisujących falę zwyżki zapoczątkowaną w połowie maja. Na obydwu rynkach mieliśmy wczoraj ruchy powrotne. Wykres czeskiego PX50 dotarł już do przełamanego wsparcia i dziś dowiemy się, czy ta bariera ma w ogóle znaczenie. Ważniejsze będą jednak wskazówki ze strony węgierskiego BUX. Na razie indeks nie zrealizował jeszcze zasięgu spadku wynikającego z kilkutygodniowej konsolidacji, która poprzedzała przebicie linii trendu. Techniczne sygnały każą liczyć się z podobną przeceną jak w pierwszej połowie roku, kiedy BUX stracił 15% w ciągu dwóch miesięcy.