Reklama

Kiedy do euro?

Kreśląc plany na przyszłość, powinniśmy się liczyć z niezbyt śpieszną, ale jednak, aprecjacją złotego

Publikacja: 12.10.2005 08:44

Debata polityczna, prowadzona na potrzeby tak kampanii wyborczej, jak i procesu formowania nowego rządu, w sposób oczywisty eksponuje różnice programowe zwycięskich ugrupowań. W konsekwencji koncentrujemy się na swoistego rodzaju "punktach zapalnych". Jednym z bardziej medialnych jest tempo dążenia do strefy euro.

Zwolennicy szybkiej integracji wskazują przede wszystkim na pożytki w postaci likwidacji ryzyka kursowego i kosztów transakcji. Jednym z poważniejszych argumentów (choć niezbyt głośno artykułowanym) jest też "oddanie się w opiekę" poważnej, stabilnej instytucji, dbającej o spełnianie wszelkich możliwych norm przyzwoitości makroekonomicznej.

Zwolennicy integracji w terminie późniejszym wskazują głównie na dłuższy czas, w jakim polityka monetarna byłaby kształtowana na miejscu. W sposób oczywisty mogłaby być dopasowana do naszych uwarunkowań i aktualnych potrzeb, niż "uśredniona" polityka dla całej strefy euro. Można też odnieść wrażenie, że część zwolenników późniejszego wejścia do strefy euro jako jeden z ważniejszych elementów układanki traktuje możliwość wydłużenia okresu, w którym będzie utrzymywać się szansa sterowania kursem złotego w kierunku deprecjacji - tak by podtrzymywać stosunkowo korzystną sytuację dla naszego biznesu (zwłaszcza zaś dla eksporterów).

Jednym z istotniejszych punktów dyskusji jest też kwestia optymalnego poziomu wyceny złotego. Kurs ma być z jednej strony na tyle dobry, by poprawiać wycenę zadłużenia zagranicznego i koszty jego obsługi, ale z drugiej strony, nie na tyle wygórowany, by zanadto skomplikować sytuację eksporterów.

Być może już niedługo rządzący będą bliżsi wypracowania nowego punktu równowagi. Zastanawiając się, gdzie może być, trzeba odpowiedzieć na dwa szczególnie istotne pytania. Po pierwsze, kwestia kursu euro względem dolara. Czym innym bowiem jest kurs 4 złote za euro (i oczywiście jego opłacalność dla eksporterów) przy światowym kursie euro na poziomie 120 centów, czym innym byłoby - gdyby euro spadło do zaledwie 100 centów. Najbardziej intuicyjną różnicą (choć nie jedyną) jest tu kwestia wysokości kosztów zaopatrzenia w surowce. Po drugie, nie możemy zapominać, że punkt równowagi - czy raczej minimalnej opłacalności - będzie zmieniał się z upływem czasu. Kreśląc bowiem plany na przyszłość powinniśmy się liczyć z niezbyt śpieszną, ale jednak - aprecjacją złotego. Będzie ona oparta głównie na naszej przewadze w tempie wzrostu wydajności pracy. Dzięki niej nasi eksporterzy będą mogli łatwiej znosić coraz niższe wyceny euro wobec złotego. Nie wolno zapominać też o coraz większym zainteresowaniu zagranicy Polską i rosnącym napływie kapitału.

Reklama
Reklama

Drugi ze wzmiankowanych czynników jest szczególnie istotny przy rozstrzyganiu, na ile forsownym marszem dążyć do członkostwa w strefie euro. Przypomnijmy. Część zwolenników późniejszego wejścia liczy na wydłużenie okresu, w którym będzie utrzymywać się szansa sterowania kursem złotego w kierunku deprecjacji. O ile wykluczymy scenariusz, w którym świadomie i z premedytacją zostanie wywołane załamanie okraszone kryzysem walutowym - to na deprecjację w średnim terminie nie mamy co liczyć. Każdy rok opóźniania naszego wejścia do strefy euro oznacza zakotwiczenie złotego do wspólnej waluty po coraz silniejszym kursie. Skoro tak - to może się okazać, że proporcja między zwolennikami szybszego i późniejszego wejścia do unii monetarnej ulegnie bardzo gwałtownej zmianie - bo lepiej będzie zdążyć przy 3,80-3,90 złotego za euro, niż czekać na 3,40-3,50.Może się też zdarzyć, że obecni zwolennicy szybkiej integracji mogą zmienić zdanie. Wszak grupę tę stanowią raczej zwolennicy twardej i odpowiedzialnej polityki monetarnej. Tymczasem postępy EBC w sprowadzaniu inflacji do tolerowanego poziomu są raczej mizerne. Według wstępnych szacunków Eurostatu, we wrześniu ceny w strefie euro okazały się o 2,5% wyższe niż przed rokiem. Kolejny więc miesiąc inflacja w strefie euro trzyma się powyżej dopuszczalnego progu, tj. 2%. Najwyraźniej metoda "przeczekać" nie sprawdza się nie tylko w krótkim, ale i średnim terminie. No cóż, ale przy stopach rekordowo niskich (podstawowa od ponad dwóch lat na poziomie 2% - czyli bardzo często poniżej inflacji), trudno o spektakularne sukcesy w zbijaniu dynamiki cen. Oczywiście, można tu przyjąć całą paletę wyjaśnień dotyczących negatywnych skutków tak zatrważająco słabowitego wzrostu w strefie euro, jak i szaleństwa cen na światowych rynkach ropy. Z drugiej jednak strony, gdyby to w Polsce przy inflacji ponad celem była utrzymywana stopa referencyjna na poziomie tak promocyjnym, oberwałoby się nam okrutnie (i to pewnie w pierwszej kolejności od przedstawicieli EBC) za skrajną nieodpowiedzialność oraz brak wiedzy i wyobraźni. To jak to jest z tym gwarantowaniem przyzwoitości makroekonomicznej?

Autor to główny ekonomista BOŚ

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama