Debata polityczna, prowadzona na potrzeby tak kampanii wyborczej, jak i procesu formowania nowego rządu, w sposób oczywisty eksponuje różnice programowe zwycięskich ugrupowań. W konsekwencji koncentrujemy się na swoistego rodzaju "punktach zapalnych". Jednym z bardziej medialnych jest tempo dążenia do strefy euro.
Zwolennicy szybkiej integracji wskazują przede wszystkim na pożytki w postaci likwidacji ryzyka kursowego i kosztów transakcji. Jednym z poważniejszych argumentów (choć niezbyt głośno artykułowanym) jest też "oddanie się w opiekę" poważnej, stabilnej instytucji, dbającej o spełnianie wszelkich możliwych norm przyzwoitości makroekonomicznej.
Zwolennicy integracji w terminie późniejszym wskazują głównie na dłuższy czas, w jakim polityka monetarna byłaby kształtowana na miejscu. W sposób oczywisty mogłaby być dopasowana do naszych uwarunkowań i aktualnych potrzeb, niż "uśredniona" polityka dla całej strefy euro. Można też odnieść wrażenie, że część zwolenników późniejszego wejścia do strefy euro jako jeden z ważniejszych elementów układanki traktuje możliwość wydłużenia okresu, w którym będzie utrzymywać się szansa sterowania kursem złotego w kierunku deprecjacji - tak by podtrzymywać stosunkowo korzystną sytuację dla naszego biznesu (zwłaszcza zaś dla eksporterów).
Jednym z istotniejszych punktów dyskusji jest też kwestia optymalnego poziomu wyceny złotego. Kurs ma być z jednej strony na tyle dobry, by poprawiać wycenę zadłużenia zagranicznego i koszty jego obsługi, ale z drugiej strony, nie na tyle wygórowany, by zanadto skomplikować sytuację eksporterów.
Być może już niedługo rządzący będą bliżsi wypracowania nowego punktu równowagi. Zastanawiając się, gdzie może być, trzeba odpowiedzieć na dwa szczególnie istotne pytania. Po pierwsze, kwestia kursu euro względem dolara. Czym innym bowiem jest kurs 4 złote za euro (i oczywiście jego opłacalność dla eksporterów) przy światowym kursie euro na poziomie 120 centów, czym innym byłoby - gdyby euro spadło do zaledwie 100 centów. Najbardziej intuicyjną różnicą (choć nie jedyną) jest tu kwestia wysokości kosztów zaopatrzenia w surowce. Po drugie, nie możemy zapominać, że punkt równowagi - czy raczej minimalnej opłacalności - będzie zmieniał się z upływem czasu. Kreśląc bowiem plany na przyszłość powinniśmy się liczyć z niezbyt śpieszną, ale jednak - aprecjacją złotego. Będzie ona oparta głównie na naszej przewadze w tempie wzrostu wydajności pracy. Dzięki niej nasi eksporterzy będą mogli łatwiej znosić coraz niższe wyceny euro wobec złotego. Nie wolno zapominać też o coraz większym zainteresowaniu zagranicy Polską i rosnącym napływie kapitału.