Sądowa batalia toczyła się prawie trzy lata. Inwestorzy zarzucili byłemu ministrowi transportu Stephenowi Byersowi i innym pracownikom administracji państwowej, że rozmyślnie przygotowali plan doprowadzenia Railtrack do bankructwa, żeby w ten sposób firmę zrenacjonalizować.
Brytyjski Sąd Najwyższy przychylił się jednak do tłumaczeń rządu, według których przyczyną upadku firmy było złe zarządzanie i utrata płynności finansowej. Oddalił też zarzuty, że Byers ukrywał prawdę i zwodził dyrektorów Railtrack i brytyjskich parlamentarzystów, by władze mogły z powrotem przejąć firmę. Byers określił werdykt jako "wielką wygraną".
Railtrack, który powstał w wyniku prywatyzacji brytyjskiego kolejnictwa w 1994 r., a w 1996 r. trafił na londyńską giełdę, pod rządową administracją znalazł się w 2001 r. Firma popadła w kłopoty po oskarżeniach o zaniedbania, które doprowadziły do tragicznego wypadku kolejowego w Hatfield w 2000 r. W momencie gdy państwo przejmowało nad nią kontrolę, do dalszego działania potrzebowała 1,7 mld funtów.
Goeffrey Weir, emerytowany inżynier z Railtrack, który występował w imieniu 49 tys. poszkodowanych inwestorów (to był największy zbiorowy pozew w historii Wielkiej Brytanii), zapowiedział, że po konsultacjach z prawnikami zostanie podjęta decyzja o ewentualnej apelacji. - Wyrok daje rządowi carte blanche i pozwala na wszelakie działania bez groźby poniesienia konsekwencji - ostrzegł Weir.
Przedstawiciel poszkodowanych liczy na dochodzenie, które może podjąć brytyjski parlament. W trakcie przesłuchań przed Sądem Najwyższym okazało się bowiem, że dawny minister transportu, który teraz jest deputowanym do Izby Gmin z ramienia Partii Pracy, zeznał przed badającą bankructwo Railtrack komisją parlamentu nieprawdę. - Oczekujemy, że parlament zbada, dlaczego pan Byers kłamał - stwierdził Weir.