Raport Światowego Forum Ekonomicznego pokazuje poprawę konkurencyjności polskiej gospodarki, która jednak ciągle jest najgorzej postrzegana w Unii Europejskiej. Po opublikowaniu dokumentu na temat konkurencyjności państw przez Światowe Forum Ekonomiczne media w Polsce podkreślały, że nasz kraj zanotował największy na liście wzrost w porównaniu z 2004 r., tj. o 9 miejsc. Informacja ta wydawała się być nieco istotniejsza od faktu, że Polska zajęła w rankingu pozycję numer 51, a zarazem ostatnią spośród krajów Unii Europejskiej. Być może szczęśliwie dla nas okazało się, że tylko trzy miejsca wyżej sklasyfikowano Włochy i to właśnie ta wiadomość była najistotniejszą w zagranicznej prasie.
O Unii Europejskiej od dawna się mówi, że najwyższy czas, żeby wreszcie gospodarczo przyspieszyła (choć gdyby to tylko od mówienia zależało...). Obserwuje się swoistą deflację prognoz ośrodków analitycznych, które zwykle na początku roku oczekują poprawy sytuacji tylko po to, żeby potem sukcesywnie rewidować prognozy w dół. Jednocześnie za głównych prowodyrów marazmu UE uważa się Niemcy i wspomniane Włochy. Z punktu widzenia polskiej gospodarki wydaje się, że warto byłoby sprawdzić, czy przypadkiem nie powinniśmy krajów tych potraktować jako przykład tego, czego nie powinno się robić.
Mimo pozornie podobnej sytuacji, klimat inwestycyjny w Niemczech i we Włoszech jest diametralnie różny. Owszem, obie gospodarki są nastawione na eksport, ale jeśli przyjrzeć się jego strukturze, okaże się, że podczas gdy Niemcy specjalizują się w zaawansowanych technologicznie dobrach, Włosi zdecydowali się na karkołomną (i chyba skazaną na porażkę) konkurencję w przemyśle lekkim. Nawet mimo dużych ograniczeń nałożonych na eksport produktów z Dalekiego Wschodu czy Turcji, włoska gospodarka nie ma szans w starciu z minimalnymi kosztami płac w Azji. Dodajmy, że dotychczas główną przewagą Włochów w tej dziedzinie była stylistyka, ale ta również wydaje się zanikać w obliczu coraz szybciej pojawiających się podróbek.
Dochodzimy w tym miejscu do sedna sprawy, czyli kosztów pracy. Jak pokazuje wykres, Niemcy poczynili w tym zakresie znaczne postępy, co jest - moim zdaniem - podstawą sukcesu eksportowego, który ratuje wciąż mizerny wzrost PKB. Nie trzeba się bardzo zagłębiać w sytuację w obu krajach, żeby poznać przyczyny różnic - stopa podatku dla przedsiębiorstw w Niemczech wynosi 25%, podczas gdy Włosi muszą płacić aż jedną trzecią zysku brutto państwu. Dochodzą tutaj także tak zwane reformy Hartz IV, które znacznie zwiększyły elastyczność niemieckiego rynku pracy. Częściowo tłumaczy to także relatywnie lepszą koniunkturę na giełdzie we Frankfurcie - w tym roku indeks DAX30 wzrósł o niemal 30%, podczas gdy mediolański MIB30 o "tylko" 12% (wzrost ten jest sam w sobie dość duży, ale należy pamiętać, że "wznosząca fala podnosi wszystkie statki").
Ktoś jednak mógłby, całkiem słusznie zresztą, zapytać, dlaczego w takim razie niemiecka gospodarka nie rośnie w takim tempie jak amerykańska. Odpowiedź jednak nie jest zbyt wyszukana - otóż rząd Gerharda Schrödera zrobił wiele dla niemieckich przedsiębiorstw, natomiast zapomniał nieco o konsumentach. Dodatkowo, pod względem oszczędzania Niemcy są kompletnym zaprzeczeniem Amerykanów, oszczędzając aż 12% swoich dochodów. I to właśnie słaba konsumpcja prywatna jest największą bolączką Niemiec, jak i całej Unii.Polska zrobiła już dużo w kwestii poprawy sytuacji przedsiębiorstw, a plany PiS i PO idą jeszcze dalej (abstrahując od ich wykonalności). Rzeczywiście, wydaje się, że obniżka podatku do 19% była jednym z ważniejszych czynników napędzających przedsiębiorstwa, a tym samym giełdę, jednak aby uniknąć scenariusza niemieckiego, należy postarać się, żeby zyski przedsiębiorstw wynikały nie tylko z mniejszych kosztów (w tym podatkowych), ale także wyższych przychodów, do czego niezbędna jest poprawa sytuacji na rynku pracy. Wniosek z tego może być taki, że priorytetem jest jednak obniżka opodatkowania osób fizycznych, a nie prawnych, choćby dlatego, że to drugie i tak jest dość niskie w porównaniu z krajami tzw. starej Unii. Oczywiście, najlepsze dla koniunktury mogłyby się okazać cięcia zarówno w PIT, jak i CIT (a i niższy VAT pewnie by pomógł), ale jest mało prawdopodobne, żeby Polska mogła sobie na to pozwolić, utrzymując jednocześnie deficyt budżetowy w ryzach.