Po wczorajszej sesji dochodzę do wniosku, że nastroje powoli dochodzą do poziomu, który będzie mógł pozwolić na powrót do trendu wzrostowego. Oczywiście nie będzie to od razu jakiś mocny wzrost. Przypuszczam, że poniżej najniższego poziomu notowań wczorajszej i dzisiejszej sesji w najbliższym czasie już nie spadniemy.
Skąd to przekonanie? Cały czas powtarzam, że ostatnie spadki to jedynie korekta w nadal trwającym trendzie wzrostowym. Skala tej korekty miała być zbliżona do poprzednich analogicznych korekt kreślonych przed ważnymi szczytami w latach 1994 i 2000. Spadek o ponad 10% ten warunek spełnia, ale nastroje jakoś nie pozwalały na większe odbicie. Cały czas na rynku widoczni byli gracze, którym paliło się do zwyżki, co owocowało kurczeniem się bazy, a to skutecznie zmniejszało potencjał samego ruchu. Ten ma największe szanse na sukces, gdy wiele osób w niego wątpi. Jeśli dziś zaliczymy minima korekty to pewnie warunek odpowiednich nastrojów zostanie spełniony.
Dlaczego myślę, że mamy przed sobą wzrost? W skrócie, bo temat szeroki. Układ zmian stóp zwrotu (obecnych i potencjalnych) staje się dla graczy zagranicznych nie sprzyjający, by trzymać aktywa w Polsce. Można się więc spodziewać, że będą oni redukować swoje pozycje. Jakoś za bardzo nie wierzę, by przyszło im w panice salwować się ucieczką. Nasz rynek jest płytki, a więc dość łatwo jest go wciągnąć w kolejną falę zakupów. Tym bardziej, że od czterech lat mamy hossę. Po co więc ścigać się w spadkach, skoro można wywołać jeszcze jeden wzrost i oddać papiery wyżej? Myślę, że nie będzie z tym większych problemów. Jeśli ktoś jeszcze sądzi, że ten tok myślenia jest racjonalny to powinien zastanowić się nad kupnem biletu na pociąg, który już stoi na peronie.