Powstał nowy rząd. Nie wiadomo jeszcze, co prawda, czy uzyska wotum zaufania w parlamencie, ale warto zastanowić się, z jakimi problemami zmierzy się nowa minister finansów. O ile niektóre zapowiedzi mogą być uspokajające, ważniejsze będą działania. W kolejności: budżet na przyszły rok, nowy program konwergencji oraz budżet na rok 2007, czyli pierwszy robiony samodzielnie. Niestety, jedna z pierwszych wypowiedzi nowej minister nie była zbyt fortunna - dopuściła ona możliwość zwiększenia przyszłorocznego deficytu powyżej 30 mld zł, co spotkało się z negatywną reakcją na rynku długu i podwyższyło koszty jego obsługi.
Oczywiście, rządy można rozpocząć od krytycznego raportu otwarcia, który pokazuje "prawdziwy" obraz finansów publicznych, wobec którego nawet minimalne zmiany mogą być postrzegane jako pozytywne. Będzie to jednak o tyle trudne, że wszystko wskazuje na to, że odchodzącemu ministrowi finansów uda się w tym roku znaczące obniżenie deficytu budżetowego w stosunku do planu. Stanowi to zresztą pewien problem dla nowego ministra, ustawa o finansach publicznych nakłada bowiem na rząd obowiązek (ze względu na przekroczenie przez dług publiczny poziomu 50% PKB w roku 2004) utrzymania relacji deficytu budżetu państwa do dochodów budżetowych na poziomie nie wyższym niż w poprzednim roku. Tak więc nie ma miejsca na zwiększanie deficytu, nawet jeśli zechce tego Samoobrona, no chyba że zmieni się definicję "deficytu" lub sztucznie podwyższy dochody. Załóżmy jednak, że nowy rząd na początku kadencji będzie próbował otrzymać kredyt zaufania od rynków finansowych (co i tak będzie trudne). Pozostaje więc dokonanie pewnych zmian (kosmetycznych) w projekcie budżetu na przyszły rok. Np. zapowiedziane już podwyższenie prognozy PKB, co pozwoli na nieco wyższe dochody budżetowe, nawet jeśli założymy pewne ulgi na dzieci w podatku PIT, czy też zniesienie podatku od zysków kapitałowych.
Pewnym problemem dla dochodów może być deklaracja o wycofaniu się z zaplanowanej w budżecie Gronickiego podwyżki akcyzy na paliwa w 2006 roku, co może podważyć wiarygodność planów budżetowych nowego rządu. Jednak jednoczesne zapisanie obniżenia wydatków administracyjnych (w skali takiej, aby sfinansować wzrost wydatków socjalnych) mogłoby pozwolić na redukcję deficytu budżetowego do zapowiadanego poziomu 30 mld zł. Być może więc z pozoru niemożliwa matematycznie układanka "niższy deficyt - niższe dochody - wyższe wydatki" da się jakoś ułożyć. Przynajmniej na papierze.
Twardszym orzechem do zgryzienia będzie nowy program konwergencji, który musi być wysłany do Brukseli do końca listopada (choć być może urzędnicy UE przystaną na małe opóźnienie). Powinien być w nim zawarty plan finansów publicznych na trzy najbliższe lata, z uwzględnieniem prognoz dochodów i wydatków. Przede wszystkim jednak w programie konwergencji trzeba powtórzyć zobowiązanie zawarte w poprzednim tego typu dokumencie, dotyczące obniżenia deficytu fiskalnego do 2,2% PKB w 2007 roku. Przy tej okazji pojawia się ponownie zasadnicze pytanie - czy OFE mogą być traktowane jako część finansów publicznych? Decyzja Eurostatu w tej sprawie wydawała się ostateczna, ale mimo wszystko premier zapewnia, że zostanie zmieniona. Ciekawe, jak nowy rząd będzie chciał uzasadnić potrzebę zmiany decyzji. Czyżby niechęcią do głębszych zmian w finansach publicznych? Jeśli Eurostat nie zmieni swojej decyzji (co jest bardzo prawdopodobne), to planowany przez PiS deficyt w wysokości 30 mld zł przez najbliższe cztery lata okaże się znacząco wyższy, gdyż należałoby od 2007 roku dodawać co roku do tej wielkości kwoty związane z OFE (rosnące stopniowo do ok. 2% PKB w 2010 r.). Trudno więc optymistycznie przyjmować średnioterminowe plany fiskalne rządu, które oparte są w znacznej mierze na zmianie definicji OFE. Program konwergencji będzie więc pierwszym sygnałem dla rynków finansowych, jaki może być kształt polityki fiskalnej w najbliższych latach. Choć, oczywiście, nie można wykluczyć, że nowy rząd wyśle po prostu do Brukseli dokument przygotowany przez obecną administrację z zastrzeżeniem, że dokona aktualizacji w późniejszym terminie.
Można sobie wyobrazić, że w ciągu najbliższych miesięcy (nawet do połowy przyszłego roku) nowy rząd nie podejmie żadnych istotnych decyzji odnośnie do kształtu polityki fiskalnej w najbliższych latach. Jednak w końcu decyzje trzeba będzie podejmować, w szczególności gdy przyjdzie do planowania budżetu na 2007 rok. Wówczas przekonamy się, na ile (i z czyim poparciem w parlamencie) będą realizowane kosztowne pomysły PiS, na ile doprowadzi to do wzrostu długu publicznego i na ile wzrośnie w związku z tym ryzyko polityczne. To ostatnie właściwie już nastąpiło, choć chyba nie do końca jest jeszcze uwzględnione w cenach instrumentów finansowych.