Z analizy technicznej wynika, że za euro możemy na początku przyszłego roku płacić około 1,1 USD.
Bezpośrednim impulsem do kolejnej fali zakupów dolara były rezultaty ostatnich posiedzeń banków centralnych w Stanach Zjednoczonych i Eurolandzie. W ostatni wtorek w USA doszło do dwunastej z rzędu podwyżki stóp procentowych. Inwestorzy nie mają złudzeń, że nie była ona ostatnia. W ostatnich miesiącach członkowie Fed zdecydowanie zmienili retorykę wypowiedzi i zaczęli kłaść nacisk na zwalczanie inflacji. Głównie ze względu na drożejące paliwo zaczęła ona rosnąć w niepokojącym tempie. Wskaźnik CPI w ujęciu rocznym zwiększył się we wrześniu o 4,7%, PPI o 6,9%. Tak szybko rosły ostatnio na początku lat 90.
Równocześnie w październiku pojawiły się pierwsze ostrzeżenia ze strony Europejskiego Banku Centralnego (EBC) o możliwości zaostrzenia polityki pieniężnej. Wśród inwestorów pojawiły się podejrzenia, że dojdzie do tego jeszcze w tym roku. Na rynku walutowym znalazło to odzwierciedlenie w trwającej przez cały październik konsolidacji kursu euro wobec dolara w strefie 1,19-1,22. Czwartkowa decyzja EBC o pozostawieniu kosztów pieniądza na niezmienionym poziomie, a przede wszystkim komentarze szefa banku przekonały, że na konkretne działania przyjdzie poczekać dłużej. Efektem była wyprzedaż wspólnej waluty, która w czwartek i piątek straciła łącznie 2,6 centa i kosztowała 1,181 USD, najmniej od maja 2004 r.
Początek kolejnej fali
wzrostu USD?