W jedną z ostatnich niedziel zmuszony byłem do awaryjnych zakupów. Po dłuższym krążeniu po parkingu przy jednym ze stołecznych centrów handlowych z dużym trudem znalazłem miejsce gdzieś na końcu placu. Kolejny obraz, który pojawił mi się przed oczami, wyjaśnił, dlaczego miałem problem z zaparkowaniem: zarówno przez parking, jak i sklepy przewalały się dzikie tłumy konsumentów, które z wyładowanymi po brzegi koszykami i żądzą zakupów w oczach czujnie wypatrywały kolejnej okazji. I dodam, dla ułatwienia, że nie było to wcale kolejne pandemonium zwane "uroczystym otwarciem sklepu". Ot, normalna niedziela i normalne centrum handlowe.
Sądząc po widoku, jaki się przede mną odsłaniał, mógłbym ze spokojnym sumieniem stwierdzić, że Polska jest krajem rozbuchanej konsumpcji. Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że próbka nie była reprezentatywna (Warszawa to nie reszta kraju), a obserwacja incydentalna i subiektywna. Trudno się z tym nie zgodzić. Jednak wciąż odnoszę subiektywne wrażenie, że aktywność polskich konsumentów staje się coraz bardziej widoczna. Zachodzą bowiem procesy sprawiające, że - pomimo anemicznego wzrostu wynagrodzeń - można powiedzieć, że stopniowo poprawia się kondycja gospodarstw domowych.
Weźmy choćby pod uwagę fakt, że już od bodajże roku notujemy stały przyrost zatrudnienia, a liczba nowych ofert pracy wzrasta w zadowalającym, dwucyfrowym tempie. Nic dziwnego, że Polacy lepiej niż w przeszłości oceniają stabilność swojego miejsca pracy. A to już jest pierwszy krok do poprawy. W tym punkcie powraca problem monstrualnego, prawie trzymilionowego bezrobocia. Lecz i tutaj - zgodnie z wynikami badań ankietowych - sytuacja może wyglądać lepiej, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Okazuje się mianowicie, że duża część (nawet 1/3) bezrobotnych albo nie jest zainteresowana podjęciem pracy, albo pracuje w szarej strefie.
Komu więc wierzyć? Optymistycznym, lecz wybiórczym i subiektywnym, obserwacjom empirycznym? A może pesymistycznemu obrazowi gospodarki rysowanemu przez dane statystyczne i ich - czasami nie mniej mroczne - medialne oceny? Aby w pełni odpowiedzieć na te pytania, popatrzmy na ostatnie kilkanaście lat polskiej gospodarki. Przedział taki jest wystarczająco długi, by zrelatywizować ocenę najnowszych danych dotyczących choćby wzrostu gospodarczego.
Analizując szereg czasowy sięgający roku 1990, można stwierdzić, że tak naprawdę okresy dynamicznego wzrostu były w naszym kraju wyjątkiem, a nie regułą, średni wzrost PKB zaś nie odbiegał znacząco od 2,5% (lub kształtował się nieco powyżej 4%, jeśli wyłączymy recesję z początku lat dziewięćdziesiątych). Z tej perspektywy widać wyraźnie, że 2,8-procentowy wzrost z II kwartału 2005 r. kształtuje się blisko długookresowej średniej. A zakładając, że spełnią się moje przewidywania i PKB przyspieszy do 3,3% w III kwartale i do ponad 4% w IV, to do końca roku osiągniemy przeciętny poziom wzrostu notowany po kryzysie wczesnych lat dziewięćdziesiątych. Biorąc pod uwagę, że wracamy do normalnego dla polskiej gospodarki poziomu wzrostu, trochę mniej dziwi, że Polacy ostatnimi czasy rzeczywiście mogą stawać się mniej ostrożni w swych hipermarketowych peregrynacjach.