22 listopada Polski Instytut Dyrektorów organizuje konferencję na temat roli niezależnych członków rad nadzorczych. Czy ta rola rzeczywiście jest tak istotna dla prawidłowego funkcjonowania spółek, jak się przyjęło uważać na rozwiniętych rynkach?
Tak. Zjawisko niezależnych członków rad nadzorczych jest fundamentalnym dla współczesnych korporacji. Zaczęło powstawać przede wszystkim na rynku amerykańskim, gdzie teraz większość uczestników nadzoru i władz spółek rekrutuje się z niezależnych pozycji. To znakomicie służy i korporacjom, i inwestorom. Minął okres, nazwijmy to, kapitalizmu menedżerskiego, gdzie kadra kierownicza stanowiła swojego rodzaju grupę wzajemnej adoracji, wywodzącą się z układów towarzyskich czy rodzinnych, przez co dochodziło do spektakularnych skandali, które niejednokrotnie odciskały swój ślad na całej światowej gospodarce. Wtedy słusznie zauważono, że w korporacjach muszą znajdować się osoby o nieposzlakowanej opinii, o wysokim profesjonalizmie, będące w sposób zdecydowany niezależne. Obecność takich ludzi w nadzorze spółki znacznie zmniejsza ryzyko nieprawidłowego jej funkcjonowania.
Ten kierunek przyjął się także w Europie Zachodniej. Dziś gospodarka francuska czy niemiecka przeżywają fundamentalne przemiany w procesie docenienia roli niezależnych członków rad nadzorczych.
Będzie zatem powód, by mówić o tym elemencie polskiego ładu korporacyjnego z satysfakcją?
Z odpowiedzi spółek na pytania dotyczące stosowania kodeksu dobrych praktyk wynika, że jest znaczna grupa firm, w których nie akceptuje się niezależności. Z drugiej strony, mamy już jednak około 50 spółek, które potwierdziły fakt posiadania niezależnych członków rad nadzorczych, spełniając tym sposobem jedno z trudniejszych kryteriów kodeksu dobrych praktyk.