Na giełdzie jest jak w matematyce. Mamy do rozwiązania równanie z niewiadomymi. Bardziej polega to na szacowaniu wyniku, niż jego matematycznym dokładnym policzeniu. Spora grupa inwestorów, czy też analityków, często przyjmuje, że giełdowe równania są bardzo proste i występuje w nich tylko jedna niewiadoma. Gdyby tak było, to na giełdach inwestowałyby dzieci z podstawówki. Na giełdzie podanie wyniku (trafnej prognozy kolejnego ruchu) jest bardziej skomplikowane. Nawet, jeśli jakiś jeden czynnik, na przykład ważne dane makro, dadzą impuls do dynamicznego ruchu, to jego dynamikę i trwałość ustalać będzie już kilkadziesiąt innych zmiennych - od fundamentów spółek począwszy, a choćby na analizie technicznej skończywszy.
Tyle tytułem wstępu, wywołanego dwoma czynnikami. Po pierwsze lekką irytacją, że w ostatniej męczącej, dwutygodniowej konsolidacji niemal po każdej sesji można było usłyszeć średnioterminowe prognozy często zupełnie odmienne od dnia poprzedniego. Zupełnie jakby każda informacja mogła rozpocząć nowy kilkutygodniowy trend w dowolnym kierunku. Po drugie wspominam o tym, bo sam zaraz sprawę giełdowego kierunku sprowadzę do jednej niewiadomej. Jednej, ale nie jedynej! Takie uproszczenie po części dlatego, że na wszystko miejsca nie wystarczy, a po części, ponieważ od kilku miesięcy z uporem zwracam na ten czynnik uwagę i rynek wciąż potwierdza jego duże znaczenie. Znowu mowa o amerykańskich obligacjach, które dla zagranicznych inwestorów wyznaczają premię za ryzyko inwestowania na rynkach wschodzących. W mijającym tygodniu to właśnie obligacje wskazały kierunek polskim indeksom.
Niższa rentowność...
Wybicie z konsolidacji na GPW nastąpiło w czwartek, czyli po środowej sesji w USA. Wtedy na amerykańskim rynku długu oglądaliśmy jeden z największych od końca sierpnia jednodniowy spadek rentowności obligacji. Analitycy powrót do obligacji tłumaczyli dobrymi danymi makro, m.in. brakiem rozczarowania CPI, czy danymi o rekordowym napływie zagranicznego kapitału do USA. Czymś musieli, bo przypomnę z tekstu sprzed dwóch tygodni, że Hulbert Bond Newsletter Sentiment Index, pokazujący nastroje na rynku obligacji, pokazywał ekstremalnie negatywne nastawienie analityków i zarządzających, porównywalne tylko z tegorocznym kwietniowym szczytem. Rentowność 10-letnich obligacji sięgała na początku listopada 4,68% i w ostatnich dwóch tygodniach rynek leczył się z pesymizmu, sprowadzając rentowność aż do 4,44%. Największa korekta od sierpnia. Tym samym właśnie w środę przełamana została linia dwumiesięcznego trendu wzrostowego (rentowności).
Jeśli zasadnym byłoby w tym kontekście analizowanie danych makro, warto wiedzieć, że wartość bazowa inflacji w USA za październik prognozowana była na +0,1% a serwisy podały wartość 0,2%. Tyle tylko, że jest to wartość, którą się zaokrągla. Bez zaokrąglenia mamy +0,248%. Chyba jeszcze nigdy tak niewiele, nie znaczyło przy tych danych tak wiele. Jeśli zestawić to z faktem, że dzień wcześniej subindeksy cen w NY Empire State Index (prices paid, prices received) po raz kolejny wzrosły (odpowiednio z 57,3 do 60,6 i z 15,6 do 20,2), to chyba pozostaje, że tym razem to nie dane makro, ale technika i nastroje najmocniej wpływały na rynek obligacji.