Reklama

Dylematy inwestora giełdowego

Od kilku lat na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie mamy do czynienia z hossą. Od ponad roku dotyczy ona przede wszystkim spółek dużych. Z kolei od momentu debiutu na giełdzie Banku PKO BP nastała wśród sporej grupy Polaków nowa moda - moda na debiuty, moda na "nowe" akcje, moda na duże zyski.

Publikacja: 22.11.2005 09:06

W obliczu tak licznych ofert publicznych i wzrastającego wyboru liczby celów inwestycyjnych inwestorzy coraz częściej stają przed dylematem wyborów. Pojawiają się pytania: czy lepiej kupić spółkę w ofercie publicznej, czy może dobrą, znaną firmę już notowaną? A być może lepiej wycofać się z rynku i cieszyć się tym, co już się zarobiło? A może lepiej zaryzykować jeszcze więcej, aby uzyskać zyski wyższe niż dotychczas? Te dylematy powodują coraz większe problemy inwestorów przy podejmowaniu decyzji.

Zauważalne jest, że istniejące dylematy od jakiegoś czasu coraz bardziej "targają" emocjami "graczy" giełdowych. Z jednej strony chcieliby zarobić jeszcze więcej niż dotychczas, a z drugiej strony pojawia się strach, widmo poniesienia nieoczekiwanej straty. Na razie wciąż jeszcze wygrywa odwaga i pragnienie osiągania ponadprzeciętnych wyników inwestycyjnych.

Co wpłynęło na wzrost "świadomości

giełdowej" Polaków?

Od wielu miesięcy temat inwestycji giełdowych staje się wśród Polaków coraz bardziej modny. Wraz z debiutem PKO BP na giełdzie, rozpoczął się "owczy" pęd do akcji. Przy okazji tej emisji bez względu na status społeczny czy zasobność portfeli ludzie masowo szli do biur maklerskich, banków, zadłużali się wśród znajomych, korzystali z ofert kredytowych, a wszystko po to, by poczuć dreszcz emocji i chociaż przez chwilę zostać inwestorem giełdowym. Oczywiście, celem nadrzędnym było osiągnięcie ponadprzeciętnych zysków z inwestycji, gdyż banki oferowały i nadal oferują raptem kilka procent rocznie opodatkowanego dochodu z lokat.

Reklama
Reklama

Moment wybrany przez Skarb Państwa na promocję rynku kapitałowego był idealny, gdyż nie dość, że oferta była przeprowadzona w czasie hossy, to nic nie przyciąga do giełdy tak mocno, jak silny magnes, jakim był znany od dziesiątek lat i zakorzeniony w świadomości społeczeństwa polskiego - Bank PKO BP. Pod biurami maklerskimi, pod placówkami banku zbierały się rzesze ludzi. Wielu odchodziło od kasy z "kwitkiem", gdyż "towaru" dla nich zabrakło. Można było poczuć się jakby na moment wróciło się do epoki PRL-u. Wówczas ludzie czekali w kolejkach na produkty pierwszej potrzeby. Tym razem ludzie głodni zysków i emocji czekali na okazję inwestycyjną. Jak się później okazało, zarówno debiut akcji PKO BP na giełdzie, jak i późniejsze notowania okazały się sukcesem inwestycyjnym. Inwestorzy w ciągu roku zarobili tyle, ile można było uzyskać na lokatach w ciągu co najmniej 10 lat. Z kolei w ciągu miesiąca zarobili więcej niż na dwuletniej lokacie.

Moment zapisów oraz wejścia na giełdę PKO BP na dłużej odmienił sposób postrzegania przez przeciętnego Kowalskiego rynku kapitałowego. Jednocześnie wśród przeważającej części inwestorów indywidualnych pojawiła się nowa moda na "bezpieczne publiczne emisje akcji". Świadomość istnienia giełdy znacząco wśród Polaków wzrosła, a efektem tego był i nadal jest boom na oferty pierwotne.

Kilka miesięcy po debiucie akcji

PKO BP na giełdzie

Wielu ludzi zachęconych udanym debiutem najbardziej znanego w Polsce banku przystąpiło do ofensywy na rynek kapitałowy. Największą popularnością z racji zaufania do państwowych ofert publicznych cieszą się spółki oferowane właśnie przez Skarb Państwa. Można stwierdzić, że przy każdej tego typu ofercie bez względu na jej wielkość pojawiają się redukcje znacznie przekraczające poziom 80%, a nierzadko 90%. Tak było chociażby w przypadku Ciechu, Lotosu, Dworów, PGNiG, Puław, Polic. Równie duże redukcje pojawiają się w przypadku firm prywatnych, ale posiadających znaną markę i dobre wyniki finansowe. Tutaj wymienić należy przede wszystkim TVN czy Barlinek. Generalnie nowe emisje wciąż sprzedają się "na pniu".Większość ze wspomnianych spółek na debiucie dała zarobić. Jedne dały więcej zysku, a inne mniej. Niestety, są przypadki, gdzie po wielu miesiącach notowań inwestorzy wciąż są na minusie (Dwory, Police). Tego jednak nie da się uniknąć. Każda emisja ma inne cechy, dotyczy innej spółki. W jednych przypadkach ceny emisyjne są za wysokie, w innych za niskie. To powoduje, że raz debiut jest udany, a raz nie. Mimo to moda na "nowe" spółki nadal nie gaśnie.

Z kolei, jeśli chodzi o rynek wtórny, to jest on w fazie hossy. Dotyczy to jednak przede wszystkim wąskiej grupy dużych firm. Mniejsze od ponad roku radzą sobie znacznie gorzej, choć oczywiście są wyjątki.

Reklama
Reklama

Jak "nowi" inwestorzy postrzegają rynek

Przypuszczalnie przeważająca większość spośród "nowych" inwestorów to osoby, które nigdy wcześniej nie miały nic wspólnego z rynkiem kapitałowym. Inwestują one głównie w nowe emisje, gdyż wciąż są pod wrażeniem udanego debiutu PKO i ponadprzeciętnych zysków. Inwestorzy ci widzą jednocześnie, że na wielu innych debiutach dało się również zarobić. Nieudane debiuty, choć pozostają w pamięci, to na razie są raczej ignorowane, gdyż nie było ich zbyt wiele. Sytuacja taka sprawia, że często zupełnie zapomina się o tym, że kursy akcji potrafią także znacząco spadać.

Myślę, że warto tutaj przeanalizować jeden z nieudanych debiutów - spółki Police. Firma jest jedną z największych w branży chemicznej w Polsce. Cena emisyjna ukształtowała się na teoretycznie atrakcyjnym poziomie cenowym 10,3 zł. Cóż jednak z tego, skoro w dniu pisania tego tekstu notowania oscylują w granicach 8 zł.

Inwestorzy, którzy zaufali w tym przypadku Skarbowi Państwa, zanotowali już około 20% straty. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że zarówno przy cenie 10 zł, jak i 8 zł Police były i są na giełdzie najtańszą spółką w sektorze. W dodatku z pozytywnymi efektami prowadzona jest restrukturyzacja. Mimo że do produkcji wyrobów wykorzystywany jest wciąż drożejący gaz, to dzięki dywersyfikacji działalności Police nadal prezentują bardzo dobre wyniki. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że tegoroczne prognozy finansowe zostaną zrealizowane. Zakładają one wypracowanie 99,5 mln zysku netto przy przychodach rzędu 1,74 mld zł. Spółka ma całkowicie niezagrożoną płynność finansową. Podstawowe wskaźniki rynkowe, jak na tę fazę hossy są bardzo zaniżone i atrakcyjne z punktu widzenia inwestycyjnego (C/WK=0,54, a C/Z=8,3). Mimo to kurs nadal spada. Oznacza to, że albo rynek ma rację, co spowoduje pojawienie się w przyszłości złych informacji, albo w tym przypadku mamy do czynienia z "manipulacją" na dużą skalę, której celem jest skupienie akcji Polic przez dużych graczy finansowych. Czas pokaże.

Oczywiście, słowo manipulacja nie jest oskarżeniem żadnej ze stron. Jest metaforą akumulacji mającej na celu "wyciśnięcie" od mniejszych inwestorów jak największej liczby papierów.

W przypadku Lotosu prowadzona była podobna gra, ale kurs w pierwszych tygodniach notowań oscylował tylko kilka procent poniżej ceny z debiutu. W tym przypadku jednak nasze instytucje finansowe nie zdołały zbyt długo grać na "hamowanie" wzrostu i akumulację, gdyż "pałeczkę" przejęli inwestorzy zagraniczni, którzy agresywnie zaczęli kupować akcje, powodując silny wzrost ich kursu. Dzięki temu skorzystali wszyscy posiadacze papierów. Lotos podobnie jak Police był sprzedawany tanio, ale duża płynność akcji, napływ kapitału zagranicznego oraz silny wzrost cen ropy na światowych rynkach spowodowały, że notowania tego debiutanta są udane.

Reklama
Reklama

W przypadku Polic można przypuszczać, że w zakupach zdecydowanie prym wiodą nasze instytucje finansowe, a to oznacza, że mają dłuższy czas na akumulację, bo nikt większy nie pokrzyżuje im planów. Instytucje finansowe kupują stopniowo, po coraz niższej cenie papiery na wiele lat. One mają czas. Inwestor indywidualny nie powinien z kolei pozwalać sobie na uśrednianie ceny nabycia, a także nie może w nieskończoność akceptować narastającej straty. Dlatego tak naprawdę na znacznie lepszej pozycji są instytucje finansowe, gdyż niższy kurs akcji pozwala na niższą średnią zakupu inwestycji wieloletniej. Z kolei im niższy kurs, tym większa desperacja i zniechęcenie mniejszych inwestorów, a to utrudnia im możliwość racjonalnego myślenia. W rezultacie pod wpływem emocji inwestor sprzedaje akcje, księgując w swoim portfelu stratę. Często zdarza się, że wkrótce potem kurs zaczyna rosnąć i złość wywołana błędnym ruchem jest jeszcze większa. To z reguły powoduje dalsze pasmo błędnych decyzji, o których decydują emocje.

Co można w tej sytuacji zrobić, gdy inwestor czuje się "oszukiwany"? Tak naprawdę nie można podjąć żadnych działań. Tutaj rządzi zasada "duży może więcej". Pozostaje jedynie próbować wygrać sprytem i spróbować odgadnąć zamierzenia "dużych". Jest to jednak wyjątkowo trudne zadanie, ale możliwe do wykonania.

Powyższy przypadek dobitnie pokazuje, że nowa emisja nie jest gwarancją ponadprzeciętnych zysków.

Po dłuższym obcowaniu "nowych" inwestorów z giełdą pojawia się także chęć wypłynięcia na głębszą wodę - spróbowania inwestycji w spółki, które są znane i jednocześnie od wielu lat już notowane na giełdzie. Wówczas pojawiają się pierwsze problemy, a nierzadko pierwsze straty. Tutaj człowiek zaczyna nabierać pokory do rynku.

W celu podjęcia trafnego wyboru większość ludzi zaczyna inwestycje od zbierania informacji, które mają pomóc w podjęciu dobrej decyzji. Z braku wiedzy i znajomości rynku kapitałowego robią to w najmniej profesjonalny sposób. Zaczynają od czytania gazet, zbierania opinii wśród znajomych inwestorów, korzystają z forów internetowych poświęconych giełdzie, czasami ślepo wierząc zasięgają informacji wśród maklerów. Zdarza się jednak, że decyzja zakupu zapada tylko i wyłącznie na wyczucie, na zasadzie chybił trafił. Nieco lepiej, gdy o wyborze decyduje marka i ogólnopolska znajomość wybranej spółki, ale to także nie jest gwarancją udanej inwestycji.

Reklama
Reklama

Tutaj jako przykład opiszę sytuację znajomego emeryta, który zauroczył się giełdą od momentu debiutu akcji PKO BP. Osiągnięte w tym przypadku zyski sprawiły, że uwierzył w nieograniczone zarabianie. Zapragnął czegoś więcej i na wyczucie postanowił kupić w czerwcu 2005 roku akcje Amiki - producenta AGD, spółki ogólnie dobrej, ale przeżywającej teraz kryzys. Płacił 31 zł za sztukę. Przed dokonaniem transakcji wsparł się opinią w jego mniemaniu najbardziej obiektywnej osoby, którą był makler. Tutaj emeryt uzyskał potwierdzenie słuszności swojego wyboru. Usłyszał o wielkich perspektywach spółki, o sporym prawdopodobieństwie wzrostu kursu. Najbardziej jednak zaskakująca była dla mnie przekazana opisywanemu inwestorowi opinia maklera o doskonałych wynikach, jakie osiągała spółka. W każdym razie rzecz w tym, że na podstawie tak szczątkowych, niepełnych, a także teoretycznie "dobrych" informacji uzyskanych od maklera inwestor kupił akcje i do dziś je trzyma. Kurs spadł już o ponad 30%, a jedna akcja notowana jest obecnie poniżej 19 zł. Znajomy emeryt bezradnie załamuje ręce. Nie wie, co robić dalej. Nie brał pod uwagę straty i nie znał zasady ich ucinania w zalążku. Czuje się oszukany. Wini jednak za to i siebie i maklera.

Dlaczego tak się stało? Wspomniany inwestor popełnił kilka klasycznych błędów. Po pierwsze, zdecydował o zakupie akcji na wyczucie. Po drugie, dokonał zakupu tylko na podstawie znajomości marki. Po trzecie zaufał ślepo opinii maklera.

Zgadza się, że teoretycznie ta opinia powinna być wiarygodna, ale w tym przypadku nie była, co można traktować jako silną przestrogę dla wszystkich. Po pierwsze, makler powinien wiedzieć, że negatywnie na opisywaną spółkę wpływa silny złoty (z racji tego, że Amica sporo eksportuje), a po drugie, mówiąc o doskonałych wynikach spółki wprowadził emeryta w błąd, gdyż skonsolidowane wyniki za pierwszy kwartał były słabe. Błędne opinie maklerów nie są oczywiście regułą. Warto zdanie mądrzejszego od siebie znać, ale należy je odpowiednio "filtrować", a przynajmniej próbować sprawdzić. W innym przypadku inwestor świadomie godzi się na ryzyko.

Ten przykład ma za zadanie pokazać, jak trudnym zadaniem jest inwestowanie. Pokazuje, jak szybko błędne decyzje mogą nauczyć pokory do rynku. Jest to równocześnie przykład typowego zachowania "nowego" inwestora (i nie tylko nowego), który z reguły podejmuje decyzje na podstawie niepełnych analiz.

Jedyną i najrozsądniejszą strategią podejmowania decyzji jest wybór akcji na podstawie danych finansowych, analizy fundamentalnej, a także analizy technicznej w połączeniu z psychologią inwestowania. Co jednak mogą zrobić osoby, które nie znają tych zasad i nie zdołają się ich nauczyć? Tutaj, niestety, pętla się zamyka, bo nie ma jednej dobrej odpowiedzi na to pytanie, a być może w ogóle nie ma na to pytanie dobrej odpowiedzi. Teoretycznie w takim przypadku najrozsądniejszą z możliwości jest powierzenie gotówki specjalistom - kupując jednostki funduszy inwestycyjnych. Owszem, inwestując samemu, można osiągnąć o wiele większe efekty. Do tego trzeba mieć jednak zarówno czas, jak i odpowiednią wiedzę. W innym przypadku inwestycje "nowego" gracza zawsze będą niosły ze sobą wysoki czynnik ryzyka. Mimo to spróbować warto. Konieczne będzie przy tym stosowanie kilku zasad, o których wspomnę w dalszej części tekstu.

Reklama
Reklama

Podstawowe zasady umiejętnego

postrzegania rynku

Inwestorzy - zarówno obecni na rynku od wielu lat, jak i nowe pokolenie wylansowane przez debiut PKO BP - mają wspólne oczekiwanie. Jest nim zysk. Obie grupy inwestorów szpikowane są od bardzo długiego okresu informacjami o trwającej hossie. Faktycznie, główne indeksy od wielu lat pną się na północ, a w ostatnich miesiącach wielokrotnie osiągały najwyższe w historii poziomy. Inwestorzy próbują ignorować fakt, że tak naprawdę duża część spółek, szczególnie tych mniejszych nie rośnie. Co więcej, duża liczba mniejszych spółek jest znacznie niżej notowana niż jeszcze ponad rok temu. Mimo to sam fakt, że wszędzie mówi się o hossie, pozwala czuć się bezpiecznie. Sprawia to, że inwestorzy wpadają w "uśpienie". Zapominają, że rynek może w pewnym momencie naprawdę mocno spaść. Inwestorzy nie bacząc na wyceny, "rzucają się" nawet do kupowania spółek, które silnie rosną, chociaż są już i tak bardzo drogie.

Ciekawym przykładem tego jest jedna z najlepszych inwestycji ostatniego półrocza - Bioton. Spółka zajmuje się produkcją oraz dystrybucją produktów biotechnologicznych (insulina ludzka) oraz leków generycznych (głównie antybiotyki). Jest to jedyny przedstawiciel tej branży na GPW. Akcje spółki sprzedawane były w ofercie publicznej po 2,75 zł. Zadebiutowały na giełdzie w marcu, zyskując prawie 20%. Od tego czasu kurs jest w trendzie wzrostowym. W dniu pisania tego artykułu (20.10.2005) kurs oscylował nawet w pobliżu 12 zł. Oznacza to wzrost o ponad 330% od poziomu ceny emisyjnej. To na inwestorach z pewnością robi duże wrażenie i powoduje, że coraz większa grupa podłącza się do trendu, kupując akcje tej spółki.

Oczywiście, podłączanie się do trendu wzrostowego, póki trwa, nie jest grzechem. Nigdy nie da się określić, kiedy się zakończy i zawsze jest większa szansa by zarobić, gdy kurs porusza się w trendzie wzrostowym, niż kiedy spada. Z reguły dochodzi do zmiany tych tendencji niespodziewanie. Chodzi tu jednak o to, by nawet w sytuacji silnych trendów zachować racjonalne myślenie. Wracając jednak do spółki, trzeba przyznać, że Bioton jest bardzo ciekawą i jedną z największych spółek tej branży w regionie. Jest to niewątpliwie firma dobrze zarządzana. Przeważająca część akcji znajduje się w rękach dużych inwestorów. W tym roku planowany zysk Biotonu to 35 mln zł. Spółka prowadzi akwizycje w Azji. Obecnie jest w trakcie powiększania pozycji w spółce SciGen, która zdobyła bardzo duże kontrakty (ponad 150 mln USD). Ich realizacja rozpocznie się jednak dopiero za ponad 2 lata. Perspektywy rozwoju na rynku insuliny i nowych farmaceutyków są bardzo duże. Bioton z pewnością będzie chciał je wykorzystać. Na co jednak warto zwrócić szczególną uwagę to fakt, że Bioton osiągnął w 2004 roku raptem 120 mln przychodów. Prognozy na ten rok zakładają ponad 20-proc. wzrost przychodów oraz osiągnięcie zysku netto na poziomie 35 mln zł. Aktywa netto spółki mają wartość raptem 231 mln zł, podczas gdy jej wycena rynkowa sięga przy cenie 12 zł za jedną akcję poziomu 2,13 mld zł. Czyli tak naprawdę płaci się dziś 9 zł za każdą złotówkę posiadanych przez Bioton aktywów netto. Jest to bardzo dużo, ale nie oznacza, że nie może być więcej. Obecna wartość spółki to także prawie czternastokrotność prognozowanych na rok 2005 przychodów. Z kolei przy prognozie zysku netto na ten rok wskaźnik C/Z będzie miał wartość 64.

Reklama
Reklama

Mimo że Bioton jest firmą bardzo dobrą, to teraz, przy nawet doskonałych prognozach na najbliższe 2 lata, cena jednej akcji "teoretycznie" jest przesadzona. Inwestorzy prawdopodobnie zdyskontowali już kilka najbliższych lat działalności, ale ze względu na trwający trend wzrostowy nie oznacza, że na tym koniec. Trend z reguły jest przyjacielem i nie powinno się z nim kłócić. W dodatku główny udziałowiec Biotonu, spółka Prokom, wyceniana jest raptem na 1,6 mld zł. Same udziały w Biotonie można wycenić na około 0,95 mld zł. Ta sytuacja jest tym bardziej dziwna.

W takich przypadkach uważam, że lepiej pohamować emocje i zamiast kupować akcje Biotonu za 12 zł, lepiej jest wybrać inną spółkę, która także jest w trendzie wzrostowym. Spółkę, która także ma perspektywy, a znacznie niższą wycenę. Takie spółki na pewno na giełdzie są. Należy ich szukać, gdyż powinny zapewnić stabilną i wysoką stopę zwrotu, a stopień ryzyka takiej inwestycji na pewno będzie niższy.

Powyższy opis Biotonu należy traktować jako pewnego rodzaju zadumę oraz ostrzeżenie przed wiarą w nieskończoność wzrostu niektórych spółek. Często bywa bowiem tak, że spółki, które za szybko zdyskontują przyszłość, są później bardzo mocno przeceniane (tak było po pęknięciu bańki internetowej w 2000 roku).

Teraz chciałbym poruszyć efekt "zachłyśnięcia się" zyskami i własną nieomylnością. Taki stan umysłu niemal zawsze prowadzi do znacznego uszczuplenia portfela. "Nowi" inwestorzy nie wiedzą, co to jest bessa, bo nigdy jej nie odczuli na własnym portfelu. "Starzy" wiedzą, ale mimo to czują się pewniej, bo sądzą, że mając bagaż doświadczeń, zdążą w odpowiednim momencie opuścić rynek. Nic bardziej mylnego! Prawdopodobnie jak do świadomości inwestorów dotrze to, że trwa bessa, to portfele przedstawicieli obu tych grup będą już o kilkadziesiąt procent szczuplejsze.

Puentą dla powyższej treści będzie przesłanie do wszystkich inwestorów. Dylematy na giełdzie były, są i będą. Nigdy nie ma pewności, że podjęło się najlepszą z możliwych decyzji. Z reguły to czas i rynek weryfikują nasze poglądy. Żeby ustrzec się przed błędami, ciągle należy zdobywać nowe umiejętności, pogłębiać wiedzę o rynku kapitałowym. Tylko inwestor z wiedzą, z odpowiednią psychiką i zrozumieniem rynku jest w stanie w długim terminie osiągać ponadprzeciętne zyski. Na giełdzie każdy popełnia błędy, ale aby ich skutki były jak najmniej odczuwalne dla portfela, należy zawsze kierować się zasadą trzeźwości umysłu. Trzeźwość ta nakazuje, aby nigdy nie inwestować wszystkich posiadanych oszczędności na giełdzie, aby zawsze określać dopuszczalne ryzyko inwestycyjne, aby dokładnie znać przyczynę swoich decyzji, aby jak ognia unikać spółek spekulacyjnych. Są to zasady ogólne, znane powszechnie i oczywiste, ale, niestety, bardzo często ignorowane. Są one jednak uzupełnieniem bardzo wielu innych czynników i zasad. Jeśli jednak inwestor decyduje się samodzielnie inwestować, a nie ma zupełnie pojęcia o giełdzie, to właśnie zakres tych zasad jest podstawowym minimum, które powinno pomóc w uniknięciu bolesnych dla portfela stratNajważniejsze są racjonalne decyzje

Trudnym zadaniem jest, żeby wśród wielu wariantów wyboru wybrać taki, który okaże się najlepszy. Można, a wręcz trzeba jednak próbować. Wiele spośród nowych spółek sprzedawanych jest po wysokich cenach. Duża część tych spółek to jednak bardzo dobre i solidne firmy o silnych podstawach fundamentalnych. To chyba jedne z głównych przesłanek, dzięki którym kursy ich akcji teraz rosną (choć jak to bywa na giełdzie, są także wyjątki). Powinien przyjść jednak moment, że tendencja ta wyhamuje. Inwestorzy zrozumieją, że nie ma sensu już dziś dyskontować tego, co będzie dopiero za kilka lat. Szczególnie dotyczy to inwestorów indywidualnych, którzy rzadko kupując akcje zakładają horyzont inwestycyjny dłuższy niż rok lub dwa lata. W przypadku zakupów prowadzonych przez instytucje finansowe podejście jest z reguły zupełnie inne, a horyzont inwestycyjny znacznie dłuższy. Dlatego to, co dla jednych dziś wydaje się wciąż atrakcyjne, dla drugich już wkrótce może nie być.

Mimo że przyjęło się wśród inwestorów w ostatnich miesiącach, że tylko nowe emisje są bezpieczne, to uważam, że nie jest to do końca prawdą. Są spółki takie jak Dwory czy Police, które notowane są obecnie znacznie poniżej ceny emisyjnej. Dzieje się tak mimo stosunkowo dobrych wycen i silnych długoterminowych podstaw fundamentalnych.

Uważam również, że nie wolno ignorować firm, które notowane są na GPW już od wielu lat, gdyż na "półkach" giełdowych wśród wielu propozycji leży wciąż pełnowartościowy "towar", który nadal nie może znaleźć nabywców. Towar ten jest dobry, ale zakurzony. Czasami starczy mały bodziec, ciekawa informacja albo racjonalna ocena spółki, aby ktoś zainteresował się daną firmą i wywołał na jej akcjach wzrost. Myślę, że taki scenariusz jest uzasadniony i realny.

Uważam, że w obecnych realiach bardzo pomocne przy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych jest kierowanie się jak największą liczbą konkretnych informacji, takich jak wyniki finansowe, analiza techniczna, akcjonariat, branża czy strategia spółki. Należy także wykorzystywać takie elementy strategii inwestycyjnej, jak określenie dopuszczalnej straty czy odpowiedni dobór wielkości pozycji do portfela. Stojąc przed dylematem "stadnego" kupowania spółek z nowych emisji, a możliwością zakupu już notowanych, a zapomnianych "perełek" uważam, że zdecydowanie warto zastanowić się nad drugą z tych możliwości, a w miarę sensownie korzystać z pierwszej. Nie powinno się kupować "nowych" akcji argumentując decyzje stwierdzeniem, że "debiutanci to pewniaki". Trzeba zawsze mieć odpowiednie argumenty potwierdzające słuszność podjętej decyzji.

Jeśli jednak w psychice inwestora przeważa strach przed utratą dotychczasowych zysków, to trzeba z tym "walczyć". Strach nie powinien paraliżować umysłu inwestora. Hossę powinno się starać wykorzystać, a strach przed utratą kapitału będzie towarzyszył zawsze. W takiej sytuacji pozostaje określić sobie maksymalne dopuszczalne uszczuplenie portfela i pozwolić rosnąć zyskom. Jeśli strach okazuje się jednak paraliżująco duży, to najlepiej wówczas dokonać zmniejszenia pozycji oraz wartości portfela do takiego poziomu, który pozwoli na ponowne racjonalne myślenie.

Jedno jest jednak pewne - że na giełdzie można zarabiać, a osiągnięty wynik zawsze będzie zależał po części od wiedzy, strategii inwestycyjnej, a także od szczęścia i intuicji. Lepsze rezultaty osiągnie ten, kto lepiej te czynniki wykorzysta. Trzeba dążyć do tego, by wśród wielu wariantów wyboru, wśród wielu dylematów inwestycyjnych umieć podejmować racjonalne decyzje. Wówczas szansa na sukces znacznie wzrasta!

Artykuł zawiera jedynie poglądy autora. Autor nie bierze odpowiedzialności za decyzje podjęte przez inne osoby na podstawie zamieszczonych w artykule informacji.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama