Dlaczego dolar zyskiwał w tym roku wobec euro? Głównym powodem był poważny i wciąż zwiększający się dysparytet (rozbieżność) w poziomie stóp procentowych w USA i strefie euro (według stanu na 25 listopada - 4% wobec 2%). Ale dla zrozumienia trendów na rynku eurodolara konieczne jest przypomnienie, że jeszcze stosunkowo niedawno, bo od końca czerwca 2003 do końca czerwca 2004 r. podstawowa stopa procentowa Fed utrzymywana była na poziomie 1%, co było wówczas pułapem najniższym od 40 lat. Dysparytet stóp działał wtedy na korzyść euro, jako że Europejski Bank Centralny od 6 czerwca 2003 r. utrzymywał (i do dziś - utrzymuje) główną stopę procentową na poziomie 2%. Wtedy, w ujęciu nominalnym, stopy EBC były więc dwukrotnie wyższe od stóp Fedu. Ale raptem rok wystarczył, by sytuacja uległa spektakularnemu odwróceniu.
W czerwcu 2004 r. Fed, kierowany przez kończącego pracę na stanowisku szefa Zarządu Rezerwy Federalnej Alana Greenspana, rozpoczął długą serię podwyżek stóp. Podwyższano je w umiarkowanym tempie - po 25 punktów bazowych za jednym razem - ale za to z żelazną konsekwencją. Po dwunastej z rzędu podwyżce - 1 listopada br. - podstawowa stopa procentowa Fed osiągnęła poziom 4%. Seria decyzji Fedu - w połączeniu ze spadającą rentownością obligacji europejskich - była główną przyczyną narodzin na rynku walutowym krótkoterminowego (przynajmniej - na razie) trendu o kierunku odwrotnym do długoterminowego trendu z poprzednich czterech lat. W ostatnim okresie obserwowaliśmy więc przepływ globalnych pieniędzy do USA i jednoczesne oczekiwanie na wyższą premię za ryzyko związaną z inwestowaniem w inne niż amerykańskie papiery. To zaś stanowi impuls do wzrostu rynkowych stóp procentowych na innych rynkach świata (by mogły one zachować konkurencyjność - i znaleźć nabywców - wobec coraz atrakcyjniejszych cenowo papierów USA).
Jak to wszystko działa? Otóż rosnąca z czasem rentowność obligacji amerykańskich, uznawanych za niezwykle pewne i bezpieczne (mimo znanych problemów finansów publicznych USA), doprowadziła do sytuacji, w której globalni inwestorzy (z których zresztą wielu rozlicza swe zyski właśnie w dolarach) zostali skuszeni, by - zamiast ryzykować inwestując, powiedzmy w wysokiej jakości obligacje niemieckie - "bundy" (o rentowności ok. 3%) lub uznawane za bardziej ryzykowne obligacje polskie (o rentowności ok. 4,7%) - kupić dające zbliżoną rentowność nominalną (ok. 4,5%), ale uznawane za bezpieczniejsze - papiery amerykańskie. Zarobek uznawany za pewny, a przy tym zero ryzyka kursowego! Stąd trudno dziwić się przepływom kapitału do USA. Skoro uznawana często za punkt odniesienia "bezpieczna" rentowność dolarowa rośnie, to jej śladem muszą pójść inne rynki - bo jeśli nie, to po co kupować droższe i uznawane za mniej bezpieczne papiery?
W ten sposób rynek amerykański wpływa na inne rynki. Między innymi w efekcie opisanych zdarzeń, w nowym 2006 roku, trzeba się liczyć nawet z, sugerowanym na razie delikatnie, odejściem od polityki praktycznie zerowych stóp procentowych w Japonii (dla przykładu - stopa dyskontowa Banku Japonii od czterech lat wynosi raptem 0,1%). A Japonia, mimo sygnałów poprawy zdrowia, wciąż przecież boryka się z czkawką deflacyjną.
Seria Fedu - bliżej końca
Analitycy raczej powszechnie spodziewają się, że Fed - także pod nowym przewodnictwem Bena Bernanke (który z początkiem nowego roku zastąpi Alana Greenspana) - kontynuował będzie trwający od czerwca 2004 r. cykl podwyżek stóp. Przy czym oczekiwanie jest takie, że będzie to raczej wykańczanie "roboty" mistrza. Najbliższa podwyżka stóp procentowych Fedu - z obecnych 4% do 4,25% - oczekiwana jest jeszcze w grudniu. W pierwszym kwartale 2006 r. główna stopa mogłaby sięgnąć w ten sposób pułapu 4,5%, a potem - 4,75 lub nawet 5%. I na tym poziomie, przy obecnym stanie wiedzy, analitycy oczekują zakończenia cyku podwyżek. Owe 4,75 czy 5% traktowane jest często jako tzw. poziom docelowy (target) Fedu. Sam amerykański bank centralny wydaje się odżegnywać od takiego stawiania sprawy. I trudno nie przyznać mu racji - wszak ostateczne decyzje i tak zależą od faktycznego rozwoju sytuacji i wydźwięku kolejnych, nowych analiz.