Zaczęło się od trzęsienia ziemi, a potem już było coraz nudniej. Zwycięzcę wczorajszej sesji ustawiły wydarzenia na zagranicznych rynkach. Bardzo dobre wyniki sprzedaży w przedłużony weekend w USA (prognostyk świątecznych zakupów) wymusiły wzrost na rynkach Eurolandu, a nasz region dostał informację o wejściu Słowacji do ERM-2. Jakkolwiek wydarzenia za oceanem faktycznie pozwalają optymistycznie patrzeć na wyniki detalistów (pomijając - na ile jest już to zdyskontowane?), tak krok Słowacji w stronę euro w odniesieniu do Czech, Węgier i Polski ma się nijak i rok 2012-2013 r. wciąż pozostaje dla nas najbliższym możliwym terminem przyjęcia wspólnej waluty.

Rynki jednak mają swoją specyfikę i często poza racjonalną kalkulacją kierują się głównie nastrojami. Te podgrzewał doradca premiera, który zapewniał o wejściu do

ERM-2 jeszcze w tej kadencji. Najwyraźniej zapomniał, że tak samo jak o wiele bardziej wpływowy Orłowski nie mógł zatrzymać politycznego podpisu pod ustawą górniczą, tak samo jak on sam za wcześnie obiecał zniesienie podatku giełdowego, tak samo kwestia ERM-2 decydować się będzie nie na polu ekonomii, ale na polu polityki. Szczególnie w jej obecnym układzie.

Wciąż pozostajemy między wsparciem na listopadowej konsolidacji a szczytami hossy. Ten stan zmienić możemy dopiero po nieco bardziej trwałym impulsie niż zaklinanie rynku ERM-2. Zresztą potwierdza to zachowanie węgierskiego i czeskiego indeksu (wciąż słabsze od nas). Dopiero dane w USA (jeśli wpłyną na notowania obligacji), których festiwal rozpoczyna się od jutra, oraz polskie PKB i posiedzenie RPP, mogą zapoczątkować trwalszy ruch. Uwaga też na autopoprawkę do budżetu. Ten papierek może obnażyć fakt, że przy takiej konstrukcji budżetu nie można w Polsce "wszystkim zrobić dobrze".