Od połowy ubiegłego tygodnia notowania na rynku naftowym zaczęły znów rosnąć, by przekroczyć 61 USD za baryłkę w Nowym Jorku i 60 USD w Londynie. Tym samym osiągnęły najwyższy poziom od ponad pięciu tygodni.
Głównym bodźcem był atak zimy w USA. Ujemne temperatury w północno-wschodnich stanach zwiększyły zużycie oleju opałowego, budząc obawy, że zaopatrzenie w to paliwo może okazać się niewystarczające. Wskazywano przy tym na wciąż niepełne wykorzystanie mocy produkcyjnych amerykańskich rafinerii mimo usunięcia większości zniszczeń, które spowodowały jesienne huragany. Zwyżce cen ropy nie były w stanie zapobiec większe niż zwykle o tej porze roku zapasy oleju opałowego w USA.
Impuls do wzrostu notowań dało też podwyższenie przez Międzynarodową Agencję Energetyczną prognozy światowego popytu na ropę. Ma on zwiększyć się w 2006 r. o 2,2%, a nie - jak przewidywano wcześniej - o 2%. Jako powód podano szybki wzrost w gospodarce amerykańskiej mimo wyższych cen paliw płynnych. Niepokój wywołała również sugestia OPEC, że w przyszłym roku naftowy kartel może ograniczyć wydobycie.
Zwyżki notowań nie zdołały zahamować opublikowane w środę dane, które wykazały niespodziewany wzrost w zeszłym tygodniu amerykańskich rezerw ropy oraz benzyny. W Londynie za baryłkę gatunku Brent z dostawą w styczniu płacono wczoraj po południu 60,15 USD w porównaniu z 59,52 USD w końcu sesji wtorkowej i 56,98 USD w poprzednią środę.