Z pola bitwy w Brukseli otrzymaliśmy raport o zwycięstwie. Nasz premier pojechał, zobaczył i zwyciężył, przywożąc dodatkowe miliardy euro, które możemy przeznaczyć na rozwój gospodarczy kraju. Nieco mniej, niż w swoim czasie oczekiwaliśmy, ale zdecydowanie więcej, niż chciał nam początkowo zaofiarować skąpy Tony Blair.
Czy są rzeczywiście powody do triumfu? Triumfu może nie, ale zadowolenia na pewno. Po pierwsze, trzeba pamiętać o tym, że nasz kraj znajdował się w sytuacji przymusowej. Z jednej strony, nie mogliśmy sobie pozwolić na kapitulację wobec wstępnych brytyjskich propozycji, które łamały całą dotychczasową filozofię działania Unii. Po to, by bronić interesów kilku wielkich i bogatych krajów zachodnioeuropejskich, proponowano złupić kraje najsłabsze i najbiedniejsze, odbierając im część obiecanych na lata 2007-2013 pieniędzy na rozwój. Z drugiej strony, gdyby w Brukseli nie udało się osiągnąć kompromisu, to właśnie my bylibyśmy najbardziej poszkodowani. Roczne budżety Unii, konstruowane w trybie prowizorium, bez siedmioletniej perspektywy finansowej, nie tylko oznaczałyby jeszcze mniejsze środki dla Polski niż te, które proponowali Brytyjczycy, ale - co chyba nawet gorsze - utrudniałyby realizację wieloletnich projektów inwestycyjnych, na których tak bardzo nam zależy. W takiej sytuacji znośny kompromis osiągnięty w czasie szczytu Unii może i powinien cieszyć.
Z każdej sytuacji należy jednak przede wszystkim wyciągać lekcje na przyszłość. Naszą pozycję w Unii udało się tym razem wybronić głównie dzięki temu, że Polskę wsparli silni sojusznicy - Francuzi i Niemcy. Prawdę mówiąc, stało się to właściwie nieco przypadkiem: jeszcze kilka tygodni temu naszym politykom nawet do głowy nie przychodziło, aby tam właśnie szukać wsparcia. Wręcz odwrotnie, w wielu wypowiedziach wskazywano właśnie na Brytyjczyków jako na głównych sprzymierzeńców Polski w Unii! Dlatego właśnie propozycje Londynu były takim szokiem nad Wisłą, a pomoc ze strony Paryża i Berlina - zaskoczeniem. Na przyszłość trzeba więc dobrze zapamiętać starą prawdę - w czasie unijnych kłótni o pieniądze kraje nie mają stałych sojuszników, a tylko stałe interesy. A zdolność do obrony tych interesów zależy wyłącznie od umiejętności wchodzenia w taktyczne sojusze, w których oferuje się swoje poparcie w jednej sprawie, aby uzyskać poparcie w innej.
No i wreszcie na koniec rzecz najważniejsza. Budżet budzi emocje, ale prawdę mówiąc to, czy Polska dostałaby 58, 60 czy 61 miliardów euro, nie jest wcale sprawą o znaczeniu kluczowym. Pieniądze z Unii są z pewnością potrzebne, ale to nie unijne pieniądze zdecydują o dobrobycie i rozwoju Polski. Premier wywalczył w Brukseli dodatkowe 2 miliardy na 7 lat. Bardzo dobrze. Ale gdyby dzięki umiejętnej polityce gospodarczej Polska rozwijała się przez najbliższe siedmiolecie w tempie o 1 punkt procentowy szybszym, wytworzony w kraju dochód zwiększyłby się o blisko 15 miliardów euro rocznie.