Stagnacja na rynku kapitałowym w USA spowodowała, że systematycznie rośnie zainteresowanie bardziej zaawansowanymi instrumentami inwestycyjnymi - funduszami hedgingowymi, derywatami i grą na giełdach towarowych. W sytuacji, gdy główne amerykańskie indeksy giełdowe nie przebiły w ciągu minionych pięciu lat zwrotów z inwestycji w obligacje rządu USA, coraz większą uwagę inwestorów przyciągają rynki wschodzące. Według prognozy Russell Investment Group, zainteresowanie alternatywnymi formami inwestowania utrzyma się przynajmniej do końca 2007 r. Wiązać się to będzie jednak z rosnącym ryzykiem.
Przed rosnącym ryzykiem ostrzega publikowany co sześć miesięcy przez Bank Anglii raport Financial Stability Review. Także inwestycyjny guru Warren Buffett nazwał rosnący rynek instrumentów pochodnych "tykającą bombą zegarową".
Aktywa funduszy hedgingowych wzrosły do 1,1 bln USD, w porównaniu z 600 mld USD w 2003 r. Te podmioty finansowe "potrafią" gubić pieniądze lub angażować się w podejrzane operacje (przykładem z ubiegłego roku mogą być kłopoty Millennium Partners i Bayou Partners). Tymczasem dziś aż 27% inwestorów instytucjonalnych, często grupujących kapitał drobnych ciułaczy, korzysta z funduszy hedgingowych - szacuje Russell Investment Group. W 2001 r. odsetek ten wynosił zaledwie 17%. Sytuacja może być niebezpieczna przede wszystkim dla wielkich funduszy emerytalnych. Ubezpieczające je firmy asekuracyjne obawiają się, że nie będą w stanie spłacić wszystkich odszkodowań.
W ub.r. fundusze inwestycyjne lokujące na emerging markets przyniosły średnio 29% zwrotu - szacuje Morgan Stanley Capital International. W tym czasie argentyński rynek wzrósł o 53%, czeski o 48%, a polski o 36%. Analitycy ostrzegają, że jest to przede wszystkim wynik napływu nowego kapitału na te rynki, które są bardzo płytkie. Na przykład kapitalizacja całej brazylijskiej giełdy to 285 mld USD - mniej niż wartość rynkowa Microsoftu. Pojawienie się lub odpływ gotówki musi więc skutkować gwałtownymi ruchami cen.
Nowy Jork