W polityce dużo się dzieje. Po raz kolejny informacje napływające z Sejmu powodują konfuzję na rynkach finansowych i na pewno nie pomagają w podejmowaniu decyzji inwestycyjnych. Nikt chyba nie zakładał, że po wyborach parlamentarnych sytuacja polityczna będzie klarowna i stabilna, jednak ostatnie wydarzenia naprawdę trudno uznać za zgodne z oczekiwaniami.
Przedstawiciele partii rządzącej i opozycji żonglują kolejnymi scenariuszami, obejmującymi zarówno wszelkie możliwe konfiguracje koalicyjne, jak i przedterminowe wybory. Niewątpliwie tego typu zmiany to łakomy kąsek dla analityków politycznych. Jednak każdy z tych scenariuszy może mieć wpływ na sytuację gospodarczą kraju i z tego względu staje się również przedmiotem zainteresowania dla ekonomisty.
W praktyce koalicja składająca się z więcej niż dwóch partii oznacza konieczność daleko idących ustępstw ze strony poszczególnych ugrupowań. Tego typu ustępstwa mają prowadzić do często sprzecznych celów, co oczywiście nie ma pozytywnego wpływu na spójność całego programu gospodarczego rządu. W rezultacie, otoczenie prawne, w którym zmuszeni są działać przedsiębiorcy, łatwo może stać się zlepkiem chaotycznych i niezbyt przemyślanych przepisów. Alternatywą dla tego scenariusza jest koalicja dwóch partii. Jednak w obecnym parlamencie taka koalicja mogłaby powstać tylko w wyniku porozumienia między PO oraz PiS, gdyż pozostałe ugrupowania opozycyjne nie mają wymaganej większości głosów. Biorąc pod uwagę sposób, w jaki liderzy obu partii wymieniają uprzejmości, można mieć poważne wątpliwości, czy ten scenariusz jest realny.
Większe szanse można przypisać scenariuszowi wcześniejszych wyborów. Paradoksalnie, to rozwiązanie mogłoby okazać się bardziej korzystne dla polskiej gospodarki niż trójpartyjna koalicja. Jeżeli do wyborów rzeczywiście dojdzie, a wynik okaże się zgodny z ostatnimi sondażami opinii publicznej, pozycja Prawa i Sprawiedliwości w parlamencie zostanie wzmocniona, a osłabione zostaną najmniejsze partie opozycyjne. Ograniczyłoby to żądania polityczne ewentualnych koalicjantów, szczególnie że do uzyskania większości mógłby wystarczyć sojusz z jedną partią. Ponadto, wcześniejsze wybory stanowiłyby podstawę do nowego otwarcia w stosunkach PiS-PO, zwiększając (nieznacznie) szanse na utworzenie ulubionej przez inwestorów koalicji. I wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby wynik wyborów okazał się zgodny z sondażami opinii publicznej.
Tyle tylko, że wcale tak nie musi być. Wyniki sondaży są uzależnione od obecnej sytuacji politycznej, a rozpisanie nowych wyborów mogłoby je zmienić. W rezultacie, kształt nowej sceny politycznej wcale nie musiałby gwarantować stabilności, lecz mógłby przypominać obecną sytuację.