Wydatki rosły od 223,9 mld zł przez 224,7 do 225,3 mld. Równocześnie dochody pęczniały jak na drożdżach - od 191,2 mld zł, przez etap pośredni 194,1 mld, by na koniec sięgnąć na papierze 194,7 mld zł. Konsolidacja fiskalna - jak zwykle w Polsce - sprowadza się do założenia dynamiki dochodów budżetu wyższej od rosnącej w przyzwoitym tempie dynamiki wydatków. Cała twórczość polityków po wyborach skupiła się w zasadzie na jednym: mnożąc kolejne wydatki sztywne (mające charakter transferów socjalnych) trzeba się tylko starać, by dochody rosły jeszcze szybciej. Daleko w ten sposób nie zajedziemy, to pewne. Ale kto by się teraz tym przejmował? Tegoroczny budżet stał się elementem politycznej rozgrywki, narzędziem szantażu, pod groźbą kolejnych wyborów parlamentarnych stwarzającym szansę zawiązania większościowej koalicji. W takiej atmosferze dyskutować merytorycznie o projekcie budżetu mogą tylko zapaleni maniacy. Zachęcam do tej niewinnej rozrywki.
1. Założenia
makroekonomiczne
Przewidywane przez rząd na przyszły rok tempo wzrostu gospodarczego (4,3%), prognozowany wskaźnik CPI (średniorocznie 1,5%) oraz zmiany w dekompozycji PKB na rzecz znacznego wzrostu popytu krajowego (4,3% wobec 1,7% w roku 2005) wyraźnie sprzyjają projekcji dochodów budżetu (w tym szczególnie wpływów podatkowych).
Zakładana w projekcie dynamika spożycia indywidualnego (3,7%), zbiorowego (2%) i inwestycji (8,7%) są bardzo zbliżone do prognoz rynkowych i nie odbiegają od nich o więcej niż 0,2-0,4 pkt proc.